En Pl
Strona główna | Tablica | Hyde Park | O stronie

Część pierwsza: Czy możemy wrócić do Neverlandu? VI
/Część pierwsza: Czy możemy wrócić do Neverlandu?/

6.



Jesienią 1979 roku, kiedy to sukces „Off The Wall” przyniósł mu niezależność finansową, Michael Jackson skupiał się na budowaniu kariery solowej. Jego pierwszym ruchem było zatrudnienie w roli konsultanta prawnego Johna Branki. Ten prawnik miał spore doświadczenie i był znany w branży muzycznej – reprezentował wszystkich od Boba Dylana po Beach Boys. Branca renegocjował kontrakt Jacksona z CBS i uzyskał dla swojego klienta tantiemy równe tym, jakie dostawali najbardziej znani artyści. Brance udało się również zerwać umowę z braćmi artysty. Od teraz, Jackson miał występować z rodziną tylko wtedy, kiedy tego chciał; wytwórnia nie mogła go do tego zmusić. W 1983 roku, u szczytu thrilleromanii, nadszedł czas na odnowienie kontraktu menedżerskiego Joe Jacksona z jego synami i Michael postanowił formalnie zakończyć współpracę z ojcem. Ponieważ nie był skory do sytuacji konfliktowych, Michael przesłał ojcu dokumenty przez posłańca.

Same dokumenty przygotował John Branca; od teraz był najbliższym i najbardziej zaufanym doradcą Michaela. Obok niego postacią bliską Jacksonowi w tamtym czasie był Frank DiLeo, który został jego menedżerem krótko po zwolnieniu Joe Jacksona. DiLeo był wcześniej szefem działu promocji Epic Records i Jackson przypisywał mu spory udział w budowaniu sukcesu albumu „Thiriller”. Jako menedżer Jacksona, DiLeo był producentem wykonawczym pełnometrażowego filmu „Moonwalker”, wynegocjował umowę reklamową z Pepsi i współorganizował rekordową trasę „Bad”.

Przez pewien czas Jackson i jego ludzie byli nie do zatrzymania. W 1984 roku John Branca wynegocjował przejęcie przez Jacksona katalogu ATV, dzięki czemu artysta zyskał prawa autorskie do tysięcy utworów, w tym tych napisanych przez Beatlesów. Jackson kupił katalog za 47 milionów dolarów, ale z czasem zyskał on na wartości i stanowił lwią część ogromnej fortuny wokalisty. Pięć lat później, jesienią 1989 roku, Branca wynegocjował przedłużenie kontraktu Jacksona z Sony, nową spółką CBS/Epic Records. Sony zgodzili się na rekordowe honorarium dla Jacksona w wysokości 15 milionów dolarów zadatku za każdą płytę. Dla porównania – Bruce Springsteen otrzymywał za płytę 2,5 miliona, a Billy Joel zarabiał 1,7 miliona. Branca wynegocjował również 25-procentowe tantiemy dla Jacksona; większość artystów otrzymywała najwyżej 12 procent. Nowy kontrakt z Sony był najbardziej dochodową umową w dziejach branży muzycznej. U szczytu kariery Michael Jackson był wart około 700 milionów dolarów.

Talent Jacksona oraz jego niewyczerpany potencjał pomnażania pieniędzy był magnesem, który przyciągał do niego najpotężniejsze osoby w branży. Kiedy artysta otaczał się właściwymi ludźmi, miał się świetnie. Kiedy byli to niewłaściwi ludzie – upadał. Z czasem pojawiało się coraz więcej tych drugich. W 1989 roku Jackson nagle zwolnił Franka DiLeo, oskarżając go o malwersacje. Przez kolejne lata współpraca z Johnem Brancą układała się raz lepiej raz gorzej, aż w końcu w 2003 roku i ten został zwolniony. Oskarżenia o molestowanie chłopca, które wysunięto przeciwko Jacksonowi w 1993 roku wyniszczyły go emocjonalnie, uczyniły go bezradnym. Cała zgraja prawników osób z pierwszych stron gazet uczepiła się go, a ponieważ prawdopodobna sprawa mogła stać się procesem stulecia – prześcigali się wzajemnie w staraniach o jej prowadzenie. Ci sami prawnicy ostatecznie przekonali Jacksona do zawarcia ugody, powodując nieodwracalne zniszczenia w jego życiu prywatnym i zawodowym.

Na początku nowego wieku, bez rodziny i osób, które wspierały go w czasach „Thrillera”, Jackson stracił punkty zaczepienia, które dawały mu poczucie bezpieczeństwa. Jego sprawami nie zarządzała żadna gruba ryba z branży, ale mało znany niemiecki biznesmen, Dieter Weisner, który kierował karierą piosenkarza w dość dziwny sposób, m. in. wprowadzając na europejski rynek napój energetyczny sygnowany nazwiskiem wokalisty. Jackson podjął również kilka inicjatyw biznesowych z finansistą Markiem Schaffelem, który w przeszłości był producentem filmów pornograficznych – był to mało fortunny ruch dla artysty, którego wizerunek publiczny został nadszarpnięty oskarżeniami o molestowanie seksualne.

Po tym, jak trwająca dość krótko współpraca Michaela z Randym jako menedżerem doprowadziła do konfliktu między braćmi, Jackson postawił na kobietę, którą wcześniej Radny zatrudnił jako jego rzeczniczkę, Raymone Bain. Bain była osobą dość nową w branży – wcześniej znana była głównie jako menedżerka, która pomogła w odbudowaniu wizerunku uwikłanego w skandale burmistrza Waszyngtonu, Mariona Berry’ego. Latem 2006 roku Jackson wydał oświadczenie, w którym napisał, że Bain została jego menedżerką i szefową firmy The Michael Jackson Company, nowej organizacji patronackiej, która miała połączyć mocno zdezorganizowane imperium wokalisty.

Przez cały ten czas jedyną postacią stale obecną w życiu Jacksona była Grace Rwaramba, niania dzieci, która pracowała dla artysty przez siedemnaście lat. Pochodząca z Ugandy Rwaramba wychowywała się w Stanach Zjednoczonych. W 1992 roku rozpoczęła pracę dla Jacksona, początkowo zajmując się jego sprawami w czasie trasy „Dangerous”. Wtedy stali się sobie bliscy. Po narodzinach dzieci Jacksona, została ich główną opiekunką. Jednakże jej prawdziwa rola w życiu Jacksona była znacznie większa. Pomimo ciągłych problemów zdrowotnych, przez które co pewien czas znikała, była głównym łącznikiem, przez który można było dotrzeć do Jacksona. Relacje z dziećmi dawały jej przywileje, na jakie nie mógł liczyć nikt inny z otoczenia Jacksona.

W czasie, kiedy Michael Jackson przeniósł się do Las Vegas, ta mała grupa osób – Grace, Raymone Bain i asystent John Feldman – zajmowała się jego codziennymi sprawami. Jako nowi pracownicy, Bill i Javon starali się zrozumieć przeróżne gierki i politykę, jakie kształtowały świat ich pracodawcy. Powoli zaczynali niestety rozumieć, że otoczenie Michaela Jacksona było jeszcze bardziej dysfunkcyjne, niż mogło się to początkowo wydawać.



Bill: W lutym do Vegas przyjechała menedżerka pana Jacksona, Raymone Bain. Nie przyleciała samolotem, ponieważ miała ze sobą walizkę pana Jacksona, a w niej kilkaset tysięcy dolarów w gotówce. Z taką sumą nie mogła pojawić się na lotnisku nie wzbudzając podejrzeń. Dlatego też, w towarzystwie kilku współpracowników, przyjechała z Waszyngtonu samochodem.

Kiedy pojawiła się na podjeździe, Feldman wyszedł, wziął od niej walizkę i zabrał do domu, a ona czekała w samochodzie. Siedzieliśmy chwilę na zewnątrz i rozmawialiśmy. Powtarzała, że ma wrażenie, iż skądś mnie zna, ale ja nie pamiętam, byśmy się wcześniej widzieli.

Siedzieliśmy tak ponad pół godziny i z czasem dotarło do mnie, że pan Jackson nie ma zamiaru zaprosić jej do domu, że nawet nie chce się z nią widzieć. Próbowała sprawiać wrażenie, że nie jest tym zawstydzona. Rzuciła: - No dobrze. To ja się chyba już będę zbierać. Trzymajcie się. Przekażcie Michaelowi, żeby do mnie zadzwonił, jeśli będzie czegoś potrzebował. – I odjechała.

Jego menedżerka jedzie przez cały kraj, by się z nim zobaczyć po jego długim pobycie za granicą i nawet nie zamieniają ze sobą słowa? Zacząłem się zastanawiać, o co do diabła chodzi w jego relacjach biznesowych. Pomyślałem, że to dziwne. Ale jednocześnie wszystko było dla mnie nowe, więc przyjąłem, że może tak właśnie wyglądają ich stosunki.

Jako menedżerka pana Jacksona, Raymone była główną postacią. To ona układała grafik, organizowała jego sprawy. Zwykle rano przysyłała plan: pojechać tam, zadzwonić tam itd. Czasem pan Jackson dokładnie stosował się do tych instrukcji. Ale bywało, że spoglądając na któryś z punktów, mówił: - Och, sprawa ma drugie dno. Nie jedziemy tam.

Z czasem ich relacje stawały się dla nas niełatwe. Brakowało w nich zaufania. Nie wyrażał się o niej w superlatywach, ale mimo to ona zajmowała się jego sprawami. Na początku, jak wtedy, kiedy rozmawialiśmy w samochodzie, była dla mnie bardzo miła. Bardzo, bardzo miła. A nasza przyczepa? Było w niej, jak w piekarniku – nie działała klimatyzacja. Sama do mnie zadzwoniła i powiedziała, że przyśle nam trochę gotówki, żeby ją naprawić.

Zawsze dzwoniła i pytała, czy mam wszystko, czego potrzebuję. Wtedy myślałem, że jest w porządku. Nasze relacje były dobre.

Javon: Pani Raymone chciała wiedzieć o każdym ruchu pana Jacksona, ale Feldman nigdy o niczym jej nie mówił. Myślałem sobie, że przecież do cholery to ona jest jego menedżerką i powinna wiedzieć, co się dzieje. Ale Feldman kompletnie ją ignorował, odciął ją. Dlatego chciała, żebyśmy razem z Billem byli jej oczami.

Przez pewien czas dzwoniła do mnie albo do Billa i mówiliśmy jej, gdzie jedziemy i co robimy. Sądziliśmy, że tak należy. Ale kiedy pan Jackson dowiedział się, że jesteśmy z nią w kontakcie, powiedział: - Nie mówcie Raymone, gdzie jedziemy. Wiem, że tylko wykonujecie swoje obowiązki, ale jeżeli będę chciał, żeby ona o czymś wiedziała, sam do niej zadzwonię i jej o tym powiem. – Był bardzo stanowczy. – Odpowiadacie przede mną. I jeżeli kiedykolwiek powiecie jej, gdzie się udaję, a ja się o tym dowiem, stracicie pracę.

Za każdym razem, kiedy Raymone pojawiała się w mieście, to ja przywoziłem ją z lotniska. W drodze do domu wypytywała, jak się ma szef, co robimy i gdzie byliśmy danego dnia. Odpowiadałem wtedy, że nic szczególnego się nie działo i na pewno Feldman będzie miał jej więcej do powiedzenia.

Złościła się, że nie mówimy jej o wszystkim, ale my tylko wypełnialiśmy polecenia. Znaleźliśmy się w dość dziwnym położeniu, ponieważ to pani Raymone podpisywała czeki z naszą wypłatą. Pieniędzy zresztą nigdy nie dostawaliśmy na czas. Mieliśmy je dostawać 3-go i 18-go, ale zwykle otrzymywaliśmy je po 7-mym czy 23-cim. Różnie to było.

Bill: Pan Jackson miał kilka firm, które zajmowały się różną działalnością. Czasem dostawaliśmy czeki z wypłatą z MJJ Productions, a czasem z The Michael Jackson Company. Pieniądze płynęły z różnych źródeł. Nie było specjalnego konta do wypłat dla pracowników – brakowało tu systemowego rozwiązania.

Javon: W mediach rozpisywano się na temat jego finansów, ale z naszego punktu widzenia nie było szans, żeby człowiek jak Michael Jackson mógł zbankrutować. Miał mnóstwo pieniędzy ukrytych w różnych miejscach. Jak na przykład ta walizka, którą przywiozła mu pani Raymone. Nawet jeśli spóźniali się z wypłatą dla nas, jechaliśmy gdzieś, gdzie wydawał na coś dwadzieścia tysięcy dolarów. Miał być kompletnie spłukany, a jednocześnie być wartym miliony? Tego nigdy nie potrafiliśmy zrozumieć.

Ponieważ nie ufał pani Raymone, założyliśmy, że nie ma opcji, by miała dostęp do wszystkich jego pieniędzy. Wydawało się, że nawet jeśli ten jeden punkt finansów – wypłaty – był zaniedbywany, wciąż pozostawał niesamowicie bogaty. Tak to wyglądało. No bo przecież jak inaczej mógłby opłacić tych wszystkich prawników? Wciąż do niego wydzwaniali i taką godzinną rozmowę telefoniczną życzyli sobie sześćset dolarów.

Bill: Po jakimś miesiącu zaczęli pojawiać się prawnicy. Od końca stycznia jeden z nich, Greg Cross, zjawiał się co jakiś czas. Greg pracował dla Venable – wielkiej firmy prawniczej. Był to wysoki, szczupły, biały mężczyzna i nosił okulary. Wyglądał jak Ichabod Crane.

Często zawoziliśmy pana Jacksona na spotkania i przesłuchania do hoteli, ale Greg był jedynym prawnikiem, który pojawiał się w domu. Przyjeżdżał może raz na miesiąc. Moim zdaniem pan Jackson mu ufał. Feldman raczej go nie lubił. Bywało, że kiedy Greg dzwonił i chciał rozmawiać z panem Jacksonem, Feldman mówił, że szef nie ma czasu i do niego oddzwoni. Na jego miejscu, jeżeli dzwoniłby adwokat, który za godzinną rozmowę telefoniczną kasuje sześćset dolarów, upewniłbym się, czy pan Jackson faktycznie nie chce z nim rozmawiać. Był to kolejny przykład gry o wpływy.

Javon: Tak naprawdę nigdy nie wiedzieliśmy, kto tam rządzi. Pani Raymone była menedżerką, ale celowo trzymano ją na dystans. Zasadniczo razem z Billem i resztą ochroniarzy odpowiadaliśmy przed Feldmanem, który jednak miał słabszą pozycję niż pani Grace. Feldman przedstawił nam ją jako nianię i początkowo nie wiedzieliśmy o niej nic więcej. Widywaliśmy ją, jak wracała z zakupów, przywoziła warzywa, rzeczy dla dzieci i dla pana Jacksona. Ale zajmowała się również jego sprawami biznesowymi. Często zjawiała się w garażu z laptopem i drukarką i tam załatwiała wiele jego codziennych biznesowych spraw.

Dość szybko stało się jasnym, że pani Grace jest kimś więcej niż tylko nianią. Bez wątpienia była osobą najbliższą panu Jacksonowi. Była matką zastępczą – dzieci ją uwielbiały. A ona wiedziała o nich wszystko. Dla każdego było jasne, że jej pozycja jest niezagrożona.

Bill: Feldman i Grace ciągle się spierali. Grace przychodziła do niego i mówiła, że pan Jackson życzy sobie to i to. Feldman mawiał wtedy: - Nie ufam tej kobiecie. Upewnię się lepiej u pana Jacksona, że naprawdę sobie tego życzy.

Czasami Grace wychodziła po butelki czerwonego wina dla pana Jacksona. Feldman nie pił ani nie palił, więc zawsze ukrywał wino. Za każdym razem, kiedy Grace przynosiła wino do domu, Feldman zabierał je i przynosił do naszej przyczepy. – Pan Jackson nie potrzebuje tego pić – mówił. – To trucizna.

Kiedyś po takiej sytuacji zjawiła się u nas Grace. – Bill, lecę do sklepu. Szef ma ochotę na wino. Mogłabym przysiąc, że ostatnio je kupiłam, ale nie mogę znaleźć.

- Jakie wino? – Pytam. I mówię, że Feldman przyniósł je tutaj. Wściekła się i wróciła do domu.

Następnego dnia przychodzi Feldman. – Gdzie jest to wino? – Pyta.

- Jakie wino?

- To, które przyniosłem tutaj.

- Dałem je Grace.

- O nie! Nie wolno ci tego robić.

- Proszę? Dlaczego?

- Ona próbuje go otruć! Rozumiesz?

Pomyślałem, że facet zwariował. Na początku pomyślałem, że chodzi mu o to, że jego zdaniem Grace miała dosypywać mu czegoś do tego wina. Nieustannie i o wszystko się kłócili.

Javon: Feldman mieszkał w pobliskim hotelu, do którego wracał co noc. Czasem jeździł do domu na weekendy do Kalifornii. Ale nawet wtedy, kiedy nie było go w domu, wszelkie polecenia dla ochrony miały przechodzić przez niego. Chciał, żeby Grace dzwoniła do niego za każdym razem, kiedy wyjeżdżaliśmy z posiadłości – ale ona tego nie robiła. Zjawiła się raz u nas w przyczepie i powiedziała, że szef chce, byśmy przywieźli płatki śniadaniowe dla Blanketa.

- Czy zadzwoniła pani do pana Feldmana? – Zapytałem.

- Nie muszę do niego dzwonić, Javon. Michael prosi, żebyś pojechał. Takie jest jego życzenie. Przysyła mnie tu, żeby ci je przekazać.

I pojechałem. Dwadzieścia minut później dzwoni wściekły Feldman.

- Co się dzieje? Gdzie jesteś?

- W Walmarcie, kupuję płatki dla dzieci.

- W Walmarcie?! Dlaczego opuściłeś posterunek?!

- Proszę się nie martwić, wszystko jest w porządku. Bill jest na miejscu.

- Kto kazał ci jechać?

- Pani Grace przyszła do mnie i powiedziała, że pan Jackson prosi, żebym pojechał kupić płatki dla dzieci.

- I nie poinformowałeś mnie o tym?!

- Pani Grace powiedziała, że nie ma takiej potrzeby.

- Javon, to musi się skończyć!

Później przyjechał do domu i nawrzeszczał na Grace. – Przestań rozporządzać moimi ludźmi!

- Nie odpowiadam przed tobą! Jeżeli pan Jackson mnie o coś prosi, to to robię.

I tak to właśnie wyglądali. Darli koty o to, kto poprosi Javona, żeby pojechał do sklepu i przywiózł miodowe płatki śniadaniowe. I tak bez końca.

Bill: Feldman był zaborczy o pana Jacksona. Stał się nadmiernie opiekuńczy, jak ojciec. Powinien był jednak działać bardziej dyplomatycznie. Tolerowałem go, ale od czasu do czasu dochodziło między nami do spięć. Jeśli chodzi o wypełnianie obowiązków, to wywiązywaliśmy się z nich jak należy, ale to wszystko. Przez pewien czas Grace nie wiedziała, jakie mam z nim relacje. Nie wiedziała, czy jestem wobec niego lojalny czy też sama mogłaby na mnie wpływać. Powiedziałem jej, że jestem bezstronny i sam podejmuję decyzje.

Potem zaczęliśmy więcej rozmawiać. Mogłem zwracać się do niej z niektórymi pytaniami, a i ona bardziej ochoczo opowiadała mi o pewnych sprawach – m. in. o rodzinie pana Jacksona i całej tej sytuacji z Randym. Zawsze miał coś do zarzucenia Michaelowi – zwłaszcza w sprawach finansowych. Opowiadała mi to tych rzeczach, a nasze relacje z czasem były coraz lepsze. Jedynie o Raymone wolałem z nią nie rozmawiać. Grace i Raymone były w kontakcie – lubiłem Grace, ale z Raymone łączyła ją jakaś nieodgadniona dla nie relacja.

Raymone co jakiś czas przyjeżdżała do miasta, by spotkać się z szefem, albo załatwić w jego imieniu jakieś sprawy. Za każdym razem mieszkała wtedy w niedalekim hotelu JW. Marriott i zazwyczaj jeden z nas przywoził ją z lotniska do hotelu. Podczas którejś z kolejnych wizyt wiozłem ją do domu. Zapytała wtedy, czy nie znam jakieś pokojówki. Pomyślałem o pewnej młodej damie, która co kilka tygodni sprzątała moje mieszkanie i odpowiedziałem, że znam kogoś takiego. – O, to dobrze – odparła. – Bo przynajmniej raz w tygodniu ktoś musi posprzątać moje mieszkanie. Chcę, żeby było czysto, nawet, kiedy mnie nie ma.

Zdziwiłem się – od kiedy to ma mieszkanie w Vegas? Zawsze zawoziłem ją do hotelu. Byłem ciekaw, ale nie wypytywałem już o nic. Poleciłem tylko znajomą pokojówkę, z którą łączyła mnie przyjaźń.

Kilka tygodni później rozmawiałem z tą panią, chciałem umówić się na sprzątanie mojego mieszkania. – A czy może być kiedy indziej? – Odparła. – Akurat wtedy sprzątam mieszkanie Raymone.

- A gdzie jest jej mieszkanie? – Zapytałem.

- Turnberry.

- Turnberry Towers?

- Tak, apartament w Turnberry.

Pomyślałem tylko: wow!

Javon: Apartamenty w Turnberry Towers są ładne. Spokojnie kosztują kilka tysięcy miesięcznie. To miejsce odpowiednie dla gwiazd i zawodowych sportowców. Jest tam całodobowa ochrona, boy odprowadzający samochody na parkingu, pralnia – pełen luksus. W Turnberry swoje mieszkanie miała pani Grace. Więc początkowo, kiedy Raymone prosiła, żeby zawieźć ją właśnie tam, sądziłem, że odwiedza panią Grace. Nie przyszło mi do głowy, że ma tam swoje mieszkanie.

Przy wjeździe, na samym przodzie, jest strażnica. Zawsze przekazywałem ochroniarzowi informacje pani Grace. Z czasem pani Raymone zaczęła podawać swoje i swobodnie przepuszczano ją na teren kompleksu. Wszyscy już ją tam znali – nawet parkingowi.

Bill: Mam swoje kontakty w Vegas i zwykle udaje mi się uzyskać pewne informacje. Więc przyjrzałem się sprawie. Obie – i Grace i Raymone – miały mieszkania w Turnberry Towers, ale pan Jackson chyba nie miał o tym bladego pojęcia. Zawsze wypowiadał się tak, jakby Raymone mieszkała w hotelu, prosił, żebyśmy ją stamtąd przywozili.

Wtedy jeszcze o niczym mu nie powiedziałem. Nigdy nie czułem się dobrze, wychodząc przed szereg – jego relacje z menedżerką leżały poza moimi kompetencjami. Po dwóch miesiącach pracy dla Michaela Jacksona nie poszedłbym przecież do niego z radą, jak powinien zajmować się własnymi sprawami. Ale biorąc pod uwagę, jak sprawy się miały na niższym szczeblu – jak kłopoty z naszą wypłatą czy wysyłanie Javona po sprawunki – można było tylko przypuszczać, jaki bałagan panuje na samym szczycie, na którym ważyły się losy jego spraw. Siłą rzeczy, człowiek zastanawiał się, jak to funkcjonuje.

Nie zawsze tak było – opowiadała mi o tym Grace. Mówiła, że dawniej wszystko działało jak w zegarku. W Neverlandzie nie było z tym żadnych problemów – wszystko odbywało się jak w prawdziwej firmie. Każdy na czas dostawał wypłatę, ludzie wiedzieli, co mają robić i wywiązywali się ze swoich obowiązków. Nie było walki o wpływy, ponieważ wszyscy wiedzieli, kto wszystko kontroluje – a był to Michael Jackson. Te dni jednak minęły.

Wszystkiemu winien był proces. Ta sprawa zniszczyła wszystko – zniszczyła jego samego. Było widać, że jest bardzo jest bezbronny. Dostawał wiele pogróżek – bardzo wiele. Był przerażony i nikomu nie ufał. Strach i paranoja powoli go pochłaniały.

Wszystko zaczęło się na początku lat 90., od pierwszych oskarżeń o molestowanie dziecka. Wtedy sprawy zaczęły się komplikować. Gdy drugi raz wysunięto przeciwko niemu oskarżenia, przebywał akurat w Vegas. Kiedy policjanci przeczesywali Neverland w poszukiwaniu dowodów, on był w Mirage. – Oni zniszczyli ten dom, Bill – powiedziała mi Grace. Pan Jackson miał takie samo zdanie. Po przeszukaniu pojechał tam, ale kiedy zobaczył, co zrobili, zawrócił i wyjechał. Po tym, jak zniszczyli Neverland, Michael Jackson już nigdy nie był tym samym człowiekiem.

Javon: Jako dziecko byłem w Neverlandzie. Pojechaliśmy tam razem ze wspólnotą z parafii. Miałem wtedy czternaście lat. Braliśmy udział w takim programie Teen Fellowship i pan Jackson zapraszał grupy takie jak nasza do wesołego miasteczka i zoo. Podczas mojej wizyty nie było go w domu, ale jeden z jego pracowników oprowadził nas po domu i posiadłości.

Pamiętam, że trzeba było jechać kolejką, by w ogóle dotrzeć do posiadłości, a samochody parkowano kilka mil dalej. Ależ było tam pięknie. Byliśmy w zoo – widzieliśmy małpy, flamingi, był tam staw z egzotycznymi rykami. Pamiętam, że jeździłem na karuzeli i małej kolejce górskiej. Była też karuzela z obracającymi się filiżankami. Mogliśmy zjeść tyle lodów, słodyczy i popcornu ile tylko chcieliśmy. Za nic nie musieliśmy płacić – wystarczyło wybrać to, na co ma się ochotę. To było wspaniałe miejsce – wszyscy byliśmy zachwyceni.

Bill: Ja tylko raz byłem w Neverlandzie – w marcu tamtego roku. Pan Jackson chciał, żeby przywieźć mu kilka rzeczy – obrazy, jakieś przedmioty osobiste, więc wysłał nas po nie. Przez pewien czas dom był opuszczony. Jedyną osobą pilnującą tego miejsca był ochroniarz. To on wpuścił mnie na teren posiadłości.

Przyjechałem nocą, więc nie widziałem wiele, ale było oczywistym, że nie dbano o to miejsce. Wszystkie karuzele zwyczajnie stały na swoich miejscach. Było potwornie cicho i ciemno. W zoo nie było zwierząt, rośliny nie były przycięte. Koło domu było małe jezioro - wtedy potwornie brudne i pełne alg.

Wnętrze domu wyglądało na splądrowane. Po przeszukaniu przez policję, nic nie wróciło na swoje miejsce. Szuflady wciąż były otwarte, pudła poprzewracane, wszystko pokrywał kurz. Przedziwny widok.

Nie zostałem tam długo – nie chciałem tam być. Cały czas myślałem o tym, co powiedział mi strażnik przy bramie. – Bądź ostrożny – zapowiedział. – Są tu węże.

- Węże?

- Tak. Grzechotniki. Jest ich tu mnóstwo.





Autor tłumaczenia: anialim


Masz uwagi do tekstu? Podoba Ci się tłumaczenie? A może zauważyłeś błąd? Napisz!


Please leave following field blank:

Komentarze

07/12/14 21:25 gość
dzisiaj 17:04 gość - -Anialim-

07/12/14 17:04 gość
Aniulim proszę nie karz nam tak długo czekać na dalszy ciąg.

06/12/14 16:01 marjol
Nie wiem co napisać , nigdy nawet cząstki nie znaliśmy Jego trudów życia , z czym musiał się zmagać każdego dnia , a ludziska tak łatwo wydawali o Nim opinię ... Bogaty świr :-( :-( Ten świat w blasku reflektorów chyba niszczy nawet nosorożce . Jestem zszokowana i bardzo mi smutno :-( dziękuję anialim <3 :-*

13/07/14 22:01 anialim
@gość: więcej wiary we mnie, poproszę;)

13/07/14 20:51 gość
W ten weekend nie będzie już chyba cdn?A ja tak czekam.

12/07/14 21:50 gość
Dziękuję.

12/07/14 20:17 gość
Bardzo proszę o ciąg dalszy tłumaczenia.

09/07/14 13:40 Porcelanka
Wiedziałam, że to nie będzie łatwe... Z rozdziału na rozdział robi się coraz smutniej. Samotność, lęki, dysfunkcyjne, paranoiczne otoczenie... Brak osoby, której Michael mógłby zaufać i która nie wykorzystałaby tego zaufania... Zresztà nawet ci, którzy chcieliby mu naprawdę pomóc mieli już wtedy zamkniętà drogę... Dziękuję Anialim.

07/07/14 14:54 Michaelina
Wygląda na to,że Michael nie kontrolował należycie swoich interesów po procesie. Minie to nie dziwi. Miał wszystkiego dosyć,załamał się - przy życiu trzymały go dzieci....:( Otrzymywał pogróżki... pewnie od nawiedzonych anty fanów i rasistów, którzy nie uznawali werdyktu sądu. Ciężko się to wszystko czyta... :((----------------- mimo to nieustannie dziekuję Anialim <3

07/07/14 00:18 gość
Tyle wiem ile wyczytałam do tej pory z tłumaczeń rozdziałów tej książki. Wróć do jej początków. Na razie nie wiele było informacji o nim.

07/07/14 00:06 gość
a coś więcej? bardzo skąpe informacje.. Dzięki

06/07/14 23:54 gość
John

06/07/14 23:47 gość
Dziękuję, a jak ma na imię?

06/07/14 23:35 gość
Osobisty asystent

06/07/14 22:26 gość
Jeszcze raz bardzo proszę o odpowiedź, kim był Feldman? Kiedy pojawił się w życiu Michaela? Feldmanów wokół Michaela było kilku. jeden chyba był producentem przy trasie History, drugi to oczywiscie Corey, A ten, to kto?

06/07/14 21:16 gość
Może to nie jest takie istotne ,ale J.Branca sam się zwolnił i to dopiero w 2006 roku ,motywując swoje odejście niekompetencją ludzi ,którymi otacza się Michael.Wielkie dzięki za tłumaczenie.

06/07/14 20:59 Dorota
Czytam z zainteresowaniem. Dziękuję anialim :)

06/07/14 20:45 fanM
Thriller to to jak postępowano z MJ, to to jak mu zniszczono Jego dom, azyl, Jego piękny, rajski Neverland. No chyba faktycznie to była robota "węża", który posługiwał się tymi wszystkimi ludźmi, mediami do zniszczenia Michaela.

06/07/14 20:24 gość
Dziękuje za tłumaczenie! :D Szkoda, że nigdzie w Polsce nie można jej kłupić :( Z niecierpliwością czekam na kolejne części :D

06/07/14 20:15 gość
co "Thriller" ???