En Pl
Strona główna | Tablica | Hyde Park | O stronie

Część druga: Dlaczego oni po prostu nie zostawią mnie w spokoju? XI
Część druga: Dlaczego oni po prostu nie zostawią mnie w spokoju?

11.



Położony godzinę drogi na zachód od Waszyngtonu Middleburg w Virginii od dawna był ulubionym miejscem ucieczki bogaczy ze Wschodniego Wybrzeża. Malownicze pagórki, które otaczają małą wioskę, bajkowe farmy i wiejskie posiadłości – oto krajobraz tego miejsca. Mieszkańcy tej okolicy wciąż uprawiają rzadkie sporty, jak polowanie na lisa czy biegi z przeszkodami. Reklamy tego miejsca dumnie głoszą: Krajowa Stolica Koni i Polowań.

Około dziesięć minut drogi od Middleburga leży Goodstone Inn – miejsce, w którym Michael Jackson postanowił spędzić letnie wakacje. Dawniej była to plantacja – dziś to ogromna, 640-akrowa posiadłość otwartych pastwisk i zalesionych spacerowych szlaków, otoczona pięknym, krętym strumieniem. W samym centrum posiadłości znajduje się dawna powozownia, w której dziś mieści się restauracja i główne biura. Dookoła promieniście rozchodzi się kilka historycznych domów i chatek, dziś pięknie odrestaurowanych domków gościnnych. Piosenkarz i jego dzieci mieszkali w okazałym domu Manor House z czterema sypialniami, ukrytym w północnej części kompleksu.

Dla Michaela Jacksona największą zaletą nowego miejsca nie były wcale luksusowe warunki, ale fakt, iż udało mu się zniknąć. Kiedy opuszczał dom przy Monte Cristo, lokalne gazety donosiły, że przeprowadził się do innej posiadłości w Las Vegas. Według innych plotek miał zaszyć się gdzieś na Wschodnim Wybrzeżu. Jakieś przypadkowe informacje docierały również i do stolicy, ale żadne dokładne informacje na temat miejsca jego pobytu nie ujrzały światła dziennego. Kompletnie zniknął z radarów, dzięki czemu mógł w końcu się zrelaksować i cieszyć czasem ze swoją rodziną.



Bill: Do Middleburga dojechaliśmy pół godziny przed północą. W normalnych okolicznościach nie dzwoniłbym do pana Jacksona o tak późnej porze, ale tym razem poinformowałem go o naszym przybyciu. – Już jesteście? Wspaniale. Jak minął lot? – Zapytał.

- Nie przylecieliśmy, sir. Przyjechaliśmy pańskimi samochodami – odpowiedziałem.

- Przyjechaliście? Wow. To niesamowite.

Javon: Następnego ranka udaliśmy się do domu głównego. Zaparkowaliśmy przed budynkiem, gdzie w swoich samochodach siedzieli ochroniarze zatrudnieni przez Raymone. Kiedy zobaczyli nas z Billem, wyraźnie nie byli zachwyceni. W środku pan Jackson zawołał dzieci. – Zobaczcie, kto przyjechał! – Zawołał.

Dzieci przybiegły i przywitały nas uściskami. – Witaj z powrotem, Javon! Tęskniliśmy!

- Ja też za wami tęskniłem – odpowiedziałem. I naprawdę tak było. Martwiłem się o nich.

Bill: Przywieźliśmy ze sobą mnóstwo ulubionych zabawek dzieci – figurki bohaterów komiksów chłopaków, lalki Paris. Bardzo się ucieszyły. Srebrną walizkę miałem cały czas przy sobie. Była to pierwsza sprawa, którą chciałem zająć się po przybyciu na miejsce. Cały ranek rozmyślałem o tym, jak pan Jackson ucieszy się, kiedy ją dostanie, ale gdy w końcu mu ją przekazałem, przyjął ją bez jakichkolwiek emocji, jakby nie było to nic takiego. Nawet nie sprawdził, czy zawartość jest w środku.

Rozmawialiśmy o podróży. Powiedziałem mu, że na jazdę samochodem zdecydowaliśmy się po tym, jak Raymone przestała się do nas odzywać. Bardzo go to zdenerwowało. – Ci ludzie o wszystkim jej donoszą! Poprosiłem, żeby zawieźli mnie do sklepu, przez telefon opowiadali jej o każdym moim kroku – powiedział.

Teraz, kiedy przywieźliśmy samochody pana Jacksona, zaproponował zwolnienie ochroniarzy, których zatrudniła Raymone. – Powiedz jej, że są zwolnieni – powiedział.

Nie miałem ochoty na rozmowę z nią na ten temat. Naprawdę, wolałbym tego uniknąć. Wiedziałem, że wyprowadzi ją to z równowagi. Zatem kiedy mnie o to poprosił, zawahałem się. – Chcesz, żebym sam jej o tym powiedział? – Zapytał.

- Wolałbym tak, sir.

- W porządku, powiem jej.

Javon: Przyglądaliśmy się, jak jej ludzie opuszczają dom. Chodzili z zadartymi nosami; próbowałem z nimi porozmawiać, ale nie odzywali się do mnie. Spakowali swoje rzeczy i zniknęli. Wtedy z Billem przeprowadziliśmy się do domku, który wcześniej zajmowali i wróciliśmy do pracy. Tak po prostu.

Bill: Zbliżał się Dzień Niepodległości. Przy każdej drodze w kraju można było kupić fajerwerki. Pan Jackson również chciał je nabyć, zatem wysłał mnie na zakupy. Wydałem na nie chyba pięćset dolarów. W wieczór Święta Niepodległości i kilka kolejnych pan Jackson z dziećmi, pod osłoną nocy, podpalał petardy, rakiety i rzymskie ognie. Obserwowaliśmy ich z okien naszego domku.

Javon: Przez większość czasu nie robili nic szczególnego. Dzieci bawiły się na dworze, a pan Jackson odpoczywał w domu. Większość posiłków jedliśmy w restauracji, poranki i popołudnia upływały nam na patrolowaniu okolicy, załatwianiu bieżących spraw, wypełnianiu poleceń albo planowaniu wyjść, jeśli akurat jakieś były zapowiedziane.

Bill: Pracownicy Goodstone przekazali nam listę miejsc i atrakcji, które mogłyby zainteresować dzieci. W okolicy było kilka pól bitewnych z czasów wojny secesyjnej, które można było zwiedzić. Mieszkaliśmy blisko Hersheypark – parku rozrywki w południowej Pensylwanii. Poza tym, na liście były jeszcze inne atrakcje, m.in. lot balonem. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem te listę, założyłem, że balon będzie ostatnią rzeczą na świecie, na którą miałby ochotę Michael Jackson. Jak się okazało – było wręcz odwrotnie, była to pierwsza rzecz, na którą się zdecydował. Wezwał nas i zapowiedział, że chce zabrać dzieci na przejażdżkę balonem. Nie mogłem w to uwierzyć. – Balon? Wie, że my się na to nie piszemy, prawda? – Powiedziałem do Javona.

Javon: Bill zapowiedział, że nie ma zamiaru nigdzie polecieć. – Ja też się na to nie piszę. Nie ma szans. O nie – zapowiedziałem. Żaden z nas nie miał na to ochoty, ale jeden zawsze powinien być z panem Jacksonem. Zatem cały czas zastanawialiśmy się, na którego padnie – któryś musiał się na to zdecydować.

Bill: Musieliśmy wyjechać o piątej trzydzieści rano, na miejscu trzeba było być godzinę później. Sterowaniem balonu zajmował się małżeństwo. Jak zwykle wcześniej nie informowaliśmy, kim będą ich goście – wiedzieli tylko, że mają zabrać rodzinę zwykłych turystów. Po przybyciu opowiedzieli dzieciom, jak działa balon, przekazali instrukcje dotyczące bezpieczeństwa. Później, jeszcze przed lotem, było lekkie śniadanie.

Kiedy nadszedł czas startu, dzieci były tak rozentuzjazmowane, że ze śmiechem ścigały się, kto pierwszy znajdzie się w balonie. Z kolei my z Javonem wycofaliśmy się. – A wy nie idziecie? – Zapytał pan Jackson.

Spojrzałem na Javona z miną sugerującą, że to jego zadanie. On pokręcił głową.

Po krótkiej niezręcznej ciszy, pan Jackson zapytał: - Czego się boicie?

Nie miałem zamiaru powiedzieć, że boję się lotu przeklętym balonem. – Nie boimy się, proszę pana. Tylko… Wie pan…

- Nic nie szkodzi, jeśli się boicie. Wystarczy powiedzieć.

- Nie, nie. To nie tak. Po prostu, wie pan, uważamy, że…

- W porządku. To może zostaniecie tu i pojedziecie za na mi samochodem? Sądzę, że nic nam się nie stanie.

- To dobry pomysł, sir – odpowiedziałem. – Będziemy mieć pana na oku z ziemi.

I tak ruszyliśmy samochodem za balonem. Wznieśli się dość wysoko. Był ciepły, letni dzień, bez większego wiatru. Ale i tak cieszyłem się, że mogłem zostać na ziemi.

Kiedy w końcu wylądowali, pan Jackson powiedział, że jego zdaniem pan sterujący balonem zrobił zdjęcie.

Czasem wydawać by się mogło, że nasz pracodawca miał przesadną obsesję na tym punkcie, bo czasem tak faktycznie było – ale często okazywało się, że miał rację. – Muszę zobaczyć pana telefon – powiedziałem do tego człowieka. Miał jeden z nowszych iPhone’ów. Przejrzałem zdjęcia i rzeczywiście okazało się, że próbował uwiecznić swoich pasażerów, ale jedyne, co udało mu się uchwycić to tył głowy Blanketa. Było to jednak naruszenie prywatności, co dla pana Jacksona miało ogromne znaczenie. Nawet odpoczywając podczas wakacji nie mógł nikomu ufać. Usunąłem to zdjęcie.

Javon: Czym innym było ukrywanie Michaela Jacksona w Las Vegas – miasto było wręcz do tego stworzone. Pełno w nim osób z ochroną, restauracji z salami przeznaczonymi tylko dla nich – ludzi, którzy żądają absolutnej dyskrecji. Przeprowadzka do podmiejskiej Virginii była zupełnie nowym wyzwaniem. Nie do końca tu pasował – zresztą, my również.

Bill: Pewnego dnia postanowił udać się na zakupy do Walmartu. Tylko ja i on; Javon został z dziećmi. Pan Jackson ubrany był na czarno, twarz miał zasłoniętą. Wszedł pierwszy, ja – w ubraniu cywilnym - kilka kroków za nim. Przy wejściu stał starszy ochroniarz, który uważnie przyglądał się panu Jacksonowi, z zasłoniętą twarzą. Słyszałem, jak mówi do innego ochroniarza: - Widzisz tego gościa? Wygląda, jakby miał zamiar obrabować sklep.

Znaleźliśmy się w środku. Pan Jackson wziął wózek i przechadzał się po sklepie. Przyglądał się różnym rzeczom – ubraniom, filmom na DVD – po prostu, normalnie robił zakupy. Minęło jakieś dwadzieścia minut, kiedy usłyszałem policyjną krótkofalówkę – rozejrzałem się i zobaczyłem, że w naszym kierunku zbliża się policjant. Niedawno przeżyliśmy tę historię w sklepie dla magików w Vegas, więc od razu pomyślałem, że czeka nas powtórka.

Funkcjonariusz podszedł do pana Jacksona i coś do niego powiedział. Ludzie zaczęli się zatrzymywać i przyglądać. Podszedłem do policjanta i próbowałem interweniować, recytując jak zwykle, że jestem ochroniarzem ważnej osoby itd. Tak samo, jak Vegas, policjant chciał wiedzieć, kim jest ta osoba. Nie miałem ochoty na powtórkę z rozrywki, więc postanowiłem nie zdradzać prawdziwej tożsamości mojego pracodawcy. Funkcjonariusz jednak nie dawał za wygraną. – Kim on jest?

- To Prince – wymyśliłem na poczekaniu.

- Kto?

- Prince.

- Ten od „Purple Rain”?

- Tak, proszę pana.

- To dlaczego jest cały zakryty?

- Próbuje pozostać incognito.

- Och. Sądziliśmy, że próbuje okraść sklep.

- Nie, proszę pana. Zwyczajnie robimy zakupy.

Policjant poinformował innego funkcjonariusza, ten przekazał informację menedżerowi sklepu i kiedy wieść się rozniosła, tłum zniknął. Jeżeli powiedziałbym, że to Michael Jackson, zbiorowa histeria byłaby nieunikniona. Skoro jednak był to Prince, nikt nie przywiązywał do tego wagi.

Kiedy wróciliśmy do samochodu, pan Jackson zapytał: - Co tak naprawdę się tam wydarzyło?

- Powiedziałem im, że jest pan Princem.

- Princem?

- Tak.

Zaśmiał się. – Nic dziwnego, że zostawili nas w spokoju – powiedział.

Javon: Raz w tygodniu dzieci mogły wybrać specjalne miejsce, do którego chciały się udać – ich ulubionym było Chuck E. Cheese. Ponieważ Middleburg był na samym końcu świata, najbliższy lokal był jakieś trzy kwadranse drogi w Alexandrii, na południe od Waszyngtonu. Zabraliśmy tam dzieci może ze trzy razy. Dwa z nich, Bill i pan Jackson podrzucili mnie z dziećmi i panią Grace – my zostaliśmy w restauracji, a oni w tym czasie byli na zakupach. Ale ten jeden raz, pan Jackson chciał pójść do restauracji razem z dziećmi. Najpierw wprowadziłem dzieciaki, a jakieś dziesięć minut później Bill przyprowadził pana Jacksona.

Dzieci bawiły się, a pan Jackson – w kapeluszu i zakrytą twarzą – siedział w rogu. Dzieci wiedziały, że kiedy ich tatuś był w miejscu publicznym, nie mogły do niego podejść ani się do niego zwracać; to byłoby wbrew zasadom. Wyobrażacie sobie, że musicie trzymać się z daleka od własnego ojca, podczas gdy on siedzi w tym samym pomieszczeniu? Ale tak musiało być. Był to środek ostrożności, podobnie jak pseudonimy. Ale Paris? Ona kochała swojego tatusia, nie można było jej nakazać nie odzywać się do niego. Nie było o tym mowy. Wdrapywała się na samą górę zjeżdżalni i wołała: - Patrz, Tatusiu! Tatusiu! Zjeżdżam z góry! Spójrz.

Przypominałem jej, by tego nie robiła, ale była tak pochłonięta zabawą, że nic do niej nie docierało. Tak naprawdę nic się nie stało, bo w restauracji było mnóstwo ojców, więc równie dobrze mogła krzyczeć do któregoś z nich. Ale kilka minut później, kiedy bawiła się z inną dziewczynką w basenie wypełnionym plastikowymi kuleczkami, nagle podbiegła do swojego taty, przytuliła go, zsunęła maskę zasłaniającą jego twarz, pocałowała go, założyła ją z powrotem i wróciła do zabawy.

Mała dziewczynka, z którą bawiła się Paris, obserwowała całą sytuację. Stała tam w samym środku basenu z kulkami, z wielkimi oczami wpatrywała się w człowieka z zasłoniętą twarzą. Wyglądała tak, jakby na chwilę straciła oddech, była zbyt podekscytowana, by wydusić z siebie choćby słowo. Kiedy w końcu doszła do siebie, wskazała na pana Jacksona i z całych sił zaczęła krzyczeć: - Mamusiu! To Michael Jackson! To Michael Jackson! Mamusiu! Mamusiu! Michael Jackson!

Bill: W jednej chwili nastała cisza, a wszystkie głowy odwróciły się w naszym kierunku. Pan Jackson nagle się podniósł i wyszedł z restauracji. Nie uciekł, po prostu ruszył szybkim krokiem. Szedłem tuż za nim. Gestem pokazałem Javonowi, by został z dziećmi. Pan Jackson podszedł do samochodu, ale nie mógł go otworzyć, więc jakby kucnął między pojazdami. – Bill, otwórz drzwi – powiedział, kiedy do niego dobiegłem.

Ale nie mogłem tego zrobić, bo kluczyki miał ze sobą Javon. Byłem po stronie drzwi kierowcy, widziałem jak z drugiej strony głowa pana Jacksona oddala się, w końcu dostrzegłem, że on sam zmierza w kierunku drogi. Przebiegł przez ulicę wprost do Staples. Byłem zdenerwowany, rozglądałem się dookoła, bo byłem pewien, że zaraz ruszy za nim tłum. To dziwne, ale nikt za nami nie szedł.

Javon: W restauracji ludzie spoglądali po sobie i było słychać ich szepty: Michael Jackson? Powiedziała Michael Jackson? Niemożliwe. Nie ma szans. Dziewczynka nie wywołała poruszenia, ponieważ nikt nie wierzył, że w czwartkowe popołudnie Michael Jackson wybrał się do Chuck E.Cheese w Alexandrii w Virginii. Wszyscy sądzili, że ta biedna mała dziewczynka wymyśliła sobie coś, ale ona była pewna swego. Wciąż próbowała przekonać swoją mamę. W końcu podeszła do Paris i zapytała: - Czy twoim tatą jest Michael Jackson?

- Jasne, chciałabym – odparła Paris, która szybko zorientowała się w sytuacji.

Bill: Pewnego popołudnia zadzwonił do mnie pan Jackson. – Paris chciałaby cię o coś spytać. Czy mógłbyś przyjść do nas?

Poszedłem do domu. Czekali tam na mnie Paris i pan Jackson. – Dalej, zapytaj go – powiedział.

- Prince ma Kenyę, ale nie pozwala mi się z nią bawić – zaczęła. – Więc bardzo, bardzo chciałabym zapytać, czy mógłbyś znaleźć dla mnie jakiegoś kotka?

Kota? Pomyślałem, że jak na ludzi będących ciągle w podróży jest to nierozsądny zakup. Ale wystarczyło, że Paris spojrzała na mnie tymi wielkimi zielonymi oczami i nie sposób było jej odmówić. Ale nie mogłem po prostu jakiegoś tam kupić – pan Jackson zapowiedział, że to bardzo ważne, byśmy jakiegoś przygarnęli, tak, by pomóc jakiemuś niechcianemu zwierzątku. Wróciłem więc do Javona i razem rozpoczęliśmy poszukiwania kota.

Zaczęliśmy od Internetu. Znaleźliśmy sklep ze zwierzętami w Chantilly, małym mieście na obrzeżach Waszyngtonu, jakieś czterdzieści pięć minut drogi od nas. Zajmowali się również adopcją zwierząt. Wydrukowałem listę wszystkich kociaków, jakie czekały tam na nowy dom, razem z kolorowymi zdjęciami. Była ich chyba setka. Wydruk dałem Paris. – Zobacz, czy któryś z nich ci się spodoba – powiedziałem. Na podjęcie decyzji wystarczyła jej godzina: już wiedziała, że chce małego złoto-brązowego kociaka w białe paski.

Następnego ranka, po załatwieniu kilku spraw i szybkim śniadaniu, ruszyłem do sklepu. Na miejscu okazało się, że niestety, ale kociak już znalazł nowy dom. Ktoś zaadoptował go dzień wcześniej, a pracownicy sklepu nie zdążyli zaktualizować informacji na stronie internetowej.

Paris już do mnie wydzwaniała i pytała, czy mam już kociaka. – I nie zapomnij kupić mnóstwa zabawek i jedzenia! – Była tak podekscytowana, że wiedziałem, iż nie mogę wrócić bez tego kociaka. Najpierw przyjrzałem się wszystkim innym, czy któryś przypadkiem nie był podobny do tego, którego dla siebie wybrała. Niestety. W końcu poprosiłem sprzedawcę o dane osoby, która go zabrała – próbowałem go przekonać, mówiąc, że „moja córka naprawdę bardzo chce go mieć”.

Niestety, facet nie chciał ujawnić żadnych informacji. – Może chociaż może pan do nich zadzwonić i przekazać im mój numer telefonu? – Prosiłem. Dowiedziałem się, że posiada tylko i wyłącznie adres tej osoby. Błagałem o jego podanie, przekonywałem, że chcę tej osobie zaproponować o wiele więcej pieniędzy. W końcu się zgodził. Wpisałem adres w nawigację, przede mną była godzina drogi. Trudno – miałem do wypełnienia zadanie.

Na miejscu okazało się, że właścicielem kotka jest starszy, samotny pana. Dziwne. Wyjaśniłem mu całą sytuację, odniosłem wrażenie, że nie zdążył jeszcze zżyć się z nowym zwierzątkiem. – Co mogę zrobić, by oddał mi pan tego kota? – Zapytałem.

- Cóż , wystarczy, że odda mi pan tyle, ile za niego zapłaciłem. Czyli dwadzieścia pięć dolarów.

Dałem mu stówę – z własnych pieniędzy. W końcu dostałem tego kota, wskoczyłem do samochodu i ruszyłem do Goodstone Inn. Byłem już przynajmniej dwie godziny poza domem. W drodze powrotnej znów odebrałem telefon od Paris. – Jesteś już blisko? Ile jeszcze? Kiedy będziesz w domu? – Dopytywała. Dzwoniła tak często, że w końcu przestałem odbierać jej telefony. Na miejscu zaparkowałem przed drzwiami głównymi. Najwyraźniej wyglądała mnie przez okno, bo w jednej chwili wybiegła z domu z wielkim uśmiechem na twarzy, wyrwała mi kotka z rąk i pobiegła z nim do domu.

Kiedy już odjeżdżałem, znowu pojawiła się na zewnątrz, wołają: - Bill! Bill! – Zatrzymałem się, podbiegła do szyby, wspięła się na stopień i pocałowała mnie w policzek. – Dziękuję ci za przywiezienie mi Katie.

Jeżeli tyle tylko wystarczyło, by była szczęśliwa, to było warto.

Javon: Największą niespodziankę pan Jackson sprawił swoim dzieciom, kiedy zabrał je na trzy dni do Waszyngtonu, gdzie odwiedzili Instytut Smithsona oraz zoo. Udało nam się zorganizować zwiedzanie z samego rana, jeszcze przed godzinami otwarcia i muzeum i zoo. Odwiedziliśmy muzea technologii lotnictwa i lotów kosmicznych, historii naturalnej, Indian, a ostatniego dnia zwiedziliśmy zoo.

Bill: W zoo eskortowali nas ochroniarze. Jeden z pracowników ogrodu był naszym przewodnikiem. Towarzyszył nam również człowiek z rady miejskiej Waszyngtonu. Wszystko to przez Raymone i jej koneksje polityczne.

Zobaczyliśmy i małpiarnię i terrarium. Co zabawne, pan Jackson przecież sam był właścicielem i zarządcą ogrodu zoologicznego. Kiedy oglądaliśmy tygrysy, wdał się w gorącą dyskusję z naszym przewodnikiem na temat działalności na rzecz ochrony dzikich zwierząt i o tym, jak traktować je w warunkach hodowlanych. Kiedy nasz przewodnik zapytał, czy chcemy zobaczyć jakieś tam zwierzę, pan Jackson odpowiedział: - Nie, nie musimy. Mam ich mnóstwo u siebie.

Przez większość czasu nasz przewodnik wyglądał na zagubionego, jakby zupełnie nie wiedział, co tam robi. Równie dobrze przecież pan Jackson poradziłby sobie bez żadnego przewodnika.

Javon: Przy hipopotamach, Bill szedł z przodu z panem Jacksonem, Princem i Paris. Wszyscy oglądali zwierzęta i przechodzili dalej. Ja trzymałem się z Blanketem. Zostaliśmy z tyłu, ponieważ chłopcu tak bardzo podobały się hipopotamy. Uważał, że skoro Prince ma swojego psa, a Paris kotkę – to on też powinien mieć własne zwierzątko. – Tatusiu, chcę takiego! – Krzyknął.

Pracownik zoo i wszyscy inni zaczęli się śmiać. Ale ja wiedziałem, że malec nie żartuje. Jestem pewien, że gdyby dalej mieszkali w Neverlandzie sprawa wcale nie byłaby z góry przegrana. W zasadzie nie zdziwiłbym się, gdyby pan Jackson polecił nam znalezienie dla syna hipopotama – w końcu pracując dla niego widzieliśmy i przeżyliśmy już wiele. Ale nie, pan Jackson powiedział tylko, że sprawę należy przemyśleć.

Pracownik zoo zaproponował, że skoro Blanketowi podobają się hipopotamy, to może je nakarmić. Podali chłopcu kilka jabłek, a ten próbował przerzucić je przez płot. Był jednak za mały, więc go podniosłem ponad ogrodzeniem. Później postawiłem go na ziemi i poszedłem za innymi. Nie spuszczałem go jednak z oczu i zaledwie po sekundzie zobaczyłem, jak wdrapuje się na płot, by przerzucić kolejne jabłka. Próbował przeskoczyć przez prawie trzymetrowe ogrodzenie. W mojej głowie widziałem już cały przebieg możliwych wydarzeń, łącznie z nagłówkami jutrzejszych gazet: Syn Michaela Jacksona pożarty przez hipopotama. Złapałem go za kołnierz i powiedziałem: - Pakuj swoją małą pupcię na dół, zanim stracę pracę, a ty zostaniesz pożarty przez hipopotama.

Bill: Jeżeli Blanket naprawdę by tam spadł, musielibyśmy zastrzelić to zwierzę.

Javon: Bywało, że pan Jackson chciał zabrać dzieci na przejażdżkę, w góry czy na wieś. Takie podróże trwały godzinami. Zwykle odwiedzaliśmy wtedy któreś z pól bitew wojny secesyjnej – Manassas, Bull Run. Kiedy przejeżdżaliśmy obok tych historycznych miejsc, pan Jackson opowiadał o nich swoim dzieciom. – Tutaj wojska Unii zrobiły to i to – mówił. Albo – Tutaj ponad pięć tysięcy żołnierzy Konfederacji zostało zabitych.

Jeśli chodzi o historię, to wiedział wszystko. Prince również interesował się dawnymi dziejami. Ciekawiły go, zadawał mnóstwo pytań. Paris i Blanket nieco mniej.

Bill: Teoretycznie nasze wakacje miały trwać trzy tygodnie, czas jednak mijał. W Vegas nie mieliśmy już dokąd wracać, nie było żadnych rozmów na temat przeprowadzki w nowe miejsce. Nie wiedzieliśmy, co mówić naszym rodzinom, kiedy wrócimy do domu – czy w ogóle wrócimy. Po prostu żyliśmy na tej farmie w Virginii i tyle.

Po drodze musieliśmy kupić nowe ubrania, ponieważ przed wyjazdem z Vegas nie spakowaliśmy nic. Uwielbialiśmy Burlington Coat Factiory – pan Jackson również. Co jakiś czas mówił, że potrzebuje nowych ubrań dla dzieci, więc kupowaliśmy i ubrania dla nich. Sam dla siebie kupował tylko piżamy. To w końcu Michael Jackson – może przecież nosić, co chce.

Javon: Najgorszą rzeczą były przeróżne sprawy do załatwienia. W Vegas wysyłał nas gdzieś, kiedy tylko czegoś zapragnął. Nie było żadnej listy spraw, tylko wysyłał nas na konkretne rzeczy, jakich pragnął w danym momencie: jakiś dodatek do iPhone’a, przekąskę, cokolwiek. Nie było z tym problemu, ponieważ w okolicy było mnóstwo sklepów. Tutaj najbliżej było do… sklepu zoologicznego Chantilly. W okolicy było jedno kino i jeden McDonald’s. Większości miejsc nie było nawet w nawigacji. Ani ja ani Bill nie byliśmy przyzwyczajeni do życia na takim odludziu. Ciągle gdzieś się gubiliśmy.

Pewnego wieczoru pan Jackson zadzwonił do nas i powiedział, że razem z dziećmi ogląda film i zapytał, czy nie moglibyśmy pojechać do jakiegoś kina po popcorn. Nie chciał zwykłej prażonej kukurydzy, ale prosił o taką, jaką podają w kinach. Był środek tygodnia i do tego środek nocy, a my byliśmy na jakimś pustkowiu w Virginii. Zadzwoniliśmy chyba do każdego kina na wschodnich przedmieściach Waszyngtonu – wszystkie już zamykano. Sięgnęliśmy więc po książkę telefoniczną i wybieraliśmy jeden numer za drugim. W końcu trafiliśmy na miejscowy sklep, w którym sprzedawano Jiffy Pop – popcorn do przygotowania w domu. Pojechaliśmy tam, kupiliśmy kilka opakowań. Po powrocie przygotowaliśmy go w naszej małej kuchni, przesypaliśmy do wielkich misek i zanieśliśmy panu Jacksonowi.

Następnego ranka nasz szef zapytał, gdzie kupiliśmy tę kukurydzę. Przyznaliśmy się, że to Jiffy Pop – zareagował śmiechem. – Przecież nic by się nie stało, skoro nie mogliście znaleźć prawdziwego popcornu. Wystarczyło tylko mi powiedzieć.

Bill: Był wielkim fanem Simpsonów. Posiadał kolekcję DVD ze wszystkimi sezonami serialu. Tamtego lata, pod koniec lipca do kin trafił film „The Simpsons Movie”. Nie mógł się wprost doczekać, kiedy go zobaczy. Gdy szliśmy do sali kinowej, zauważył wielką reklamę filmu, ustawioną w lobby kina. – Och, Bill! Chcę ją mieć! Proszę, zdobądź ją dla mnie.

Ze wszystkich osobliwych próśb pana Jacksona, ta byłą chyba w pierwszej piątce tych najdziwniejszych. Ta reklama była ogromna – tworzyły ją prawdziwych rozmiarów figurki całej serialowej rodziny. Każda z postaci była nie tylko wielka, ale i sporo ważyła. I gdzie niby miałyby stanąć? Nie mogliśmy odesłać ich do domu, bo nie mieliśmy żadnego domu. Może chciał, żebyśmy ustawili je w miejscu, które w końcu mieliśmy lada chwila opuścić? I później zabrałby je do hotelu? Co by z nimi zrobił? To nie miało znaczenia. Teraz tego chciał. Zadzwoniłem do menedżerki kina, powiedziała, że odstąpi je za tysiąc w gotówce.

Javon: Figurki były za duże, nie zmieściły się do naszego samochodu. Musieliśmy wynająć furgonetkę, zawieźliśmy je do Goodstone i zanieśliśmy je do jego pokoju. Kiedy się z nimi zjawiliśmy, zachowywał się jak mały chłopiec w Boże Narodzenie – był bardzo podekscytowany. – Może pomyślicie sobie, że zwariowałem, kupując je, ale nawet nie wiecie, ile będą warte za dwadzieścia lat – powiedział.

Bill: Na początku po przybyciu do Virginii mówiło się o urządzeniu studia nagraniowego w Goodstone Inn i o wizycie Will.I.Ama i innych, z którymi pan Jackson miał pracować nad „Thrillerem 25”. Ale podobnie jak w przypadku rozmów o innych projektach, spełzły one na niczym. Pan Jackson podczas pobytu w tym miejscu nie chciał pracować nad żadną muzyką. Jedyną aktywnością, jaką chciał się zająć, były filmy. Chciał tworzyć nowe obrazy.

Jego wymarzonym projektem był film o Tutenchamonie. Nie miał to być film akcji z aktorami, ale dzieło animacji komputerowej. Coś mniej w stylu wytwórni Pixar, ale bardziej jak „Avatar”. Plany te snuł w czasach, kiedy technologia dopiero raczkowała. Wciąż o nich opowiadał. – Nakręcę animowany film o Tutenchamonie. Spodoba się wszystkim dzieciom – zapowiadał. Jeszcze w Vegas rozprawiał o tym projekcie. Ale teraz wizje te pochłaniały go coraz bardziej. W tym czasie w jego otoczeniu pojawił się Michael Amir.

Michael Amir Williams należał do Narodu Islamu. Pan Jackson poznał go przez Feldmana. Spotkali się w Los Angeles podczas podróży powrotnej z Japonii (tej, podczas której kupił księgarnię). Michael Amir studiował film na Uniwersytecie Południowej Kalifornii w LA. Chciał zaistnieć w branży, wspólne zainteresowania zbliżyły go do pana Jacksona. Kiedy mieszkaliśmy w Virginii, pan Jackson zapowiedział przyjazd Michaela Amira, który miał pomagać mu w filmowych projektach.

Javon: Pan Jackson polubił Michaela Amira, który pojawiał się coraz częściej. Przylatywał na kilka dni, razem pracowali, a później wracał do LA. Z czasem pan Jackson zaczął wysyłać nas po wysokiej jakości sprzęt filmowy, laptopy z programami do edycji, kamerami za piętnaście tysięcy dolarów i zielony ekran za dwa tysiące. Pan Jackson chciał poznać działanie wszystkich tych sprzętów. Razem z Amirem ustawili je wszystkie w domu. Widziałem, jak razem kręcili krótkie filmy.

W domu pojawiał się również pewien profesor – jeden z nauczycieli Michaela Amira z Uniwersytetu. Miał on być ekspertem w tej nowej technologii. Pan Jackson płacił za loty obu tych panów do Virginii i tu dyskutował z nimi o różnych projektach. Takich wizyt było przynajmniej pięć albo sześć.

Bill: Nie tylko Michael Amir odwiedzał go w Virginii. Pojawiły się jeszcze dwie inne osoby, których wizyty były dla nas kompletnym zaskoczeniem. Po kilku miesiącach pobytu w Virginii, pan Jackson oznajmił, że odwiedzi go Przyjaciółka.

- Czy to ktoś, kogo powinienem sprawdzić? – Zapytałem

- Nie, jej nie trzeba – odpowiedział.

Przez kilka następnych dni, kiedy rozmawialiśmy o przygotowaniach pobytu tej osoby, mówiło niej „Przyjaciółka”.

Javon: Bill oznajmił mi, że musimy po kogoś jechać na lotnisko. Zapytałem po kogo.

- Kobietę o nazwisku Friend,Przyjaciółka.

- Przyjaciółka? To jej prawdziwe nazwisko?

- Tylko tyle powiedział mi pan Jackson.

Od razu zorientowałem się, że to niezwykła sytuacja. Zazwyczaj, kiedy ktokolwiek przybywał z wizytą, pani Raymone planowała wszystko i wydawała nam instrukcje, pan Jackson w ogóle się w to nie mieszał. Ale tym razem, to on przekazał nam informacje o przylocie i hotelu, do którego mamy zawieźć jego gościa. Oznaczało to, że nikt miał nie wiedzieć o tych odwiedzinach.

Bill: Odebraliśmy ją z Dulles. Miała mój numer i zadzwoniła do mnie z lotniska, powiedziała, gdzie na nas czeka. Miała wschodnioeuropejski akcent, być może była Niemką? Pomogliśmy jej zapakować bagaż do samochodu.

Javon: Ta kobieta była przepiękna. Miała ciemne, kręcone włosy, które opadały na jej twarz. Była drobna, miała ładną figurę – była naprawdę szczupła. Niewiele mówiła, była bardzo cicha. Przedstawiliśmy się, ona milczała. W drodze z lotniska zadzwoniła do pana Jacksona i powiedziała, że wieziemy ją do hotelu. Dla mnie był to kolejny znak, że była kimś ważnym. Pan Jackson miał nowego iPhone’a zaledwie od kilku tygodni, jeszcze nikt nie miał jego numeru, zatem fakt, iż podał go tej kobiecie oznaczał, że była dla niego kimś ważnym.

Zatrzymała się w Hampton Inn w Chantilly, jakieś trzy kwadranse drogi od Middleburga. Po załatwieniu formalności w hotelu, poinformowaliśmy o tym pana Jacksona. Razem z Billem zastanawialiśmy się, dlaczego będzie mieszkać w hotelu, skoro zazwyczaj pan Jackson polecał nam przywozić swoich gości do domu – tym razem było inaczej.

Bill: Naprawdę to wszystko wydawało mi się nieco dziwne. Sama mieszkała w hotelu. Minęły dwa dni nim pan Jackson pojechał ją odwiedzić.

Zawoziłem go na te randki. Późnym wieczorem, kiedy dzieci były już w łóżkach, Javon zostawał w domu, a ja jechałem z panem Jacksonem do Hampton Inn. Korzystaliśmy z wyjścia bezpieczeństwa. Prowadziłem go do jej pokoju, a później czekałem na zewnątrz na jego telefon. Za pierwszym razem ich spotkanie trwało może cztery godziny. Nigdy nie został na noc. Zawsze wracał do domu nim dzieci wstały na śniadanie. I nigdy nie przedstawił im tej kobiety.

Kolejnej nocy wróciliśmy do hotelu – później byliśmy tam jeszcze kilka razy. Jednego wieczoru przywiozłem odtwarzacz DVD i pomogłem mu go podłączyć; powiedział, że chcą obejrzeć jakieś filmy. Kobieta spędziła w mieście jakiś tydzień.

Javon: Przyjaciółka była pierwszym gościem. Flower (Kwiatuszek) była drugim. Zaledwie kilka dni po wyjeździe Przyjaciółki, pan Jackson przedstawił nam podobny plan. Wszystkie informacje o przyjeździe kolejnego gościa były tajemnicą, nie zdradził nam nawet jej prawdziwego nazwiska. Zatrzymała się w Red Fox Inn, w Middleburgu, nieco bliżej od naszego domu.

Przyjaciółka była śliczna, naprawdę. Kwiatuszek była w porządku – była piegowatą blondynką. W Przyjaciółce było coś bardziej egzotycznego. Kwiatuszek była raczej normalną, zwyczajną dziewczyną.

Bill: Kwiatuszek też była z zagranicy, ale mówiła bez akcentu. Obie miały kręcone włosy. Wiedziałem, że podobają mu się dziewczyny z lokami. Jeszcze w Vegas przed domem pojawiała się fanka z kręconymi włosami i zawsze komentował, jaka jest urocza. Domyśliłem się, że takie kobiety mu się podobają.

Odniosłem w rażenie, że o Kwiatuszka nie troszczył się aż tak bardzo jak o Przyjaciółkę. Pierwsze odwiedziny były wielkim wydarzeniem. Wysyłał nas po ładne prezenty, m.in. odebrałem wygrawerowaną biżuterię od Tiffany’ego. Trzymali się za ręce, przytulali, całowali, w samochodzie siedzieli bardzo blisko siebie. Flirtowali, byli ze sobą w bardziej zażyłych stosunkach.

Dla Kwiatuszka niczego nie planowaliśmy. Zwyczajnie odwiedzał ją w Red Fox Inn. Zresztą, ona wobec niego zachowywała się bardziej napastliwie – było jasnym, że chce od niego czegoś więcej. Słyszałem, jak prosiła go o zrobienie wspólnego zdjęcia – on nie uważał tego za dobry pomysł. Naciskała na niego, ale on miał to gdzieś. Kwiatuszek pojawiła się tylko ten jeden raz. Kilka tygodni później Przyjaciółka przyjechała z kolejną wizytą.

Javon: Podczas kolejnych odwiedzin Przyjaciółki, jednego wieczoru pan Jackson powiedział, że chce zabrać ją do stolicy i pokazać kilka zabytków. Przygotowaliśmy więc samochód – było już około północy. Grace została z dziećmi, a ja z Billem zawieźliśmy pana Jacksona najpierw do hotelu, gdzie dołączyła do nas Przyjaciółka i razem ruszyliśmy do miasta. Podczas podróży, pasażerowie na tylnym siedzeniu rozmawiali i szeptali. Kurtynka między nami była zasunięta, a my nieco głośniej słuchaliśmy radia, by dać im nieco prywatności.

Zaparkowaliśmy jakąś przecznicę od Pomnika Waszyngtona, stamtąd musieliśmy ruszyć pieszo. Zatrzymałem samochód, przyciszyłem radio, by oznajmić panu Jacksonowi, że jesteśmy na miejscu. Słyszeliśmy dobiegające z tyłu odgłosy pocałunków – dokładnie wiedziałem, co to za dźwięki. Za kurtynką zwyczajnie się obściskiwali. Nie chciałem im przerywać, ale zakasłałem i powiedziałem. – Proszę pana? Jesteśmy na miejscu, sir.

- Och! W porządku, wspaniale. Chodźmy.

Bill: Zanim wysiedliśmy z samochodu pan Jackson zapytał mnie, czy sądzę, że ten spacer będzie bezpieczny. Rozejrzałem się – było już późno, wokół nie było tłumów. Nie zauważyłem też, by ktoś nas śledził, zatem uznałem, że jesteśmy bezpieczni. Założył szal, owinął nim głowę. Zakrył twarz, ale nie wyglądał tak, jakby chciał się ukryć.

Podeszliśmy pod Pomnik Lincolna. Było ciemno, zatem mogli swobodnie się przechadzać. Spacerowali, rozmawiali, podziwiali kolejne miejsca. Nawet późno w nocy, pomniki są oświetlone. Kobieta zrobiła kilka zdjęć. Było jasnym, że wcześniej ustalili, że nie będą robić sobie wzajemnie zdjęć – tylko zabytków.

Później pan Jackson powiedział, że chciał zobaczyć Pomnik Weteranów z Wietnamu. Na miejscu oboje podeszli pod sam pomnik. Rozmawiali i odczytywali kolejne nazwiska. Pan Jackson powiedział – To takie przykre. Tyle niewinnych dzieci straciło życie. – Zapytał swoją towarzyszkę, czy zna piosenkę „What’s Going On” Marvina Gaye. Ona chyba jej nie słyszała, zaśpiewał jej kilka taktów: Wojna nie jest odpowiedzią, bo tylko miłość może zwyciężyć nienawiść.

Później wróciliśmy do samochodu. Pan Jackson chciał jeszcze pokręcić się po mieście i pokazać Przyjaciółce kilka innych zabytków, w tym Biały Dom. Droga bezpośrednio przed budynkiem jest zamknięta dla ruchu, dlatego pojechaliśmy boczną trasą, zakręciliśmy obok Parku Lafayette.

Kiedy wracaliśmy, było już bardzo późno. Już mieliśmy wjeżdżać na autostradę, kiedy nagle usłyszeliśmy wycie syren i zobaczyliśmy migające niebieskie światła. Javon zjechał na bok, w nadziei, że samochód przejedzie obok, ale on zatrzymał się za nami. Później pojawił się kolejny i zablokował nas z przodu.

Spojrzałem w lusterko wsteczne i zobaczyłem, że ktoś wysiada z wozu, który stał za nami. Osoba ta była uzbrojona: miała na sobie ciężkie buty i kamizelkę kuloodporną, a w ręku trzymała broń automatyczną. Kolejne osoby zajmowały taktyczne pozycje obok naszego samochodu. To nie byli policjanci, ale służby specjalne i zapewne kolejna akcja antyterrorystyczna. Nie miałem pojęcia, co mogą z nami z robić, ale byłem zdenerwowany. Pan Jackson z Przyjaciółką siedzieli z tyłu, Javon, który kierował, powiedział, że muszę się tym zająć.

Opuściłem szybę. Jeden z agentów podszedł do mnie. – Dobry wieczór – powiedziałem.

- Dobry wieczór – odpowiedział. – Zatrzymaliśmy państwa, ponieważ samochód ma tablice z Nevady i uznaliśmy, że to dość niezwykłe, że w środku nocy czarny SUV z ciemnymi szybami i rejestracją z Nevady jeździ wokół Białego Domu.

- Po prostu zwiedzamy.

- Aha. Sprawdziłem wasze numery. Czy wie pan, na kogo zarejestrowany jest ten samochód?

- Tak, wiem.

- Według moich informacji właścicielem samochodu jest… Michael Jackson?

- Zgadza się, sir.

- Zamieszkały na ranczu Neverland?

- Tak jest, sir.

- No dobra. O co tu chodzi?

- Sprawdzamy okolicę dla ważnej osobistości – wtrącił się Javon. Ale ja już wiedziałem, że oni tego nie kupią.

Agent przyjrzał się Javonowi, spojrzał na mnie i powiedział – Poproszę pańskie ubezpieczenie i dowód rejestracyjny.

Podałem mu dokumenty. Zapytał, kto jest z tyłu, odpowiedziałem, że mój klient.

- Kim jest pański klient? – Zapytał.

Zawahałem się. – Czy mogę wysiąść z samochodu, sir?

- Oczywiście.

Wysiadłem i wyjaśniłem mu całą sytuację, łącznie z tym, kto siedzi z tyłu i że wszyscy jesteśmy na wakacjach.

- Zatem twierdzi pan, że na tylnej kanapie tego samochodu siedzi Michael Jackson? – Zapytał.

- Tak jest, sir.

Odszedł na chwilę i wdał się w rozmowę z innym agentem. Stałem tam na poboczu drogi i myślałem o tym, jak bardzo źle ta cała sytuacja może się skończyć. Przecież nikt miał nie wiedzieć, kim jest ta kobieta, która towarzyszy panu Jacksonowi. Nie miałem dobrych przeczuć. Wtedy wrócił ów funkcjonariusz, oddał mi papiery i kiwnął, bym wracał do samochodu. Ten drugi agent widocznie coś mu powiedział. Wyglądało na to, że pozwolą nam odjechać. Wsiadłem do samochodu, ale wtedy ręką pokazał, byśmy nie odjeżdżali. – Jeszcze jedno – powiedział.

- Tak?

- Czy sądzi pan, że możemy prosić o autograf?

- Zapytam. – Odsłoniłem nieco kurtynę. – Proszę pana, ci panowie pytają, czy da im pan swój autograf? – Zwróciłem się do pana Jacksona.

- Och, oczywiście, daj mi tylko coś do pisania – odpowiedział.

Agent podał mi długopis i kartkę, którą wyrwał ze swojego notesu. Pan Jackson odsunął kurtynkę, wziął papier. Agent był w szoku. Pan Jackson podał mu podpisaną kartkę. Wtedy podbiegł kolejny funkcjonariusz. – Jacie! Czy ja też mogę prosić?

Pan Jackson otworzył swoje okno. Przywitał się z agentem i dał mu swój autograf. Podziękowali, życzyli nam dobrej nocy, a kiedy wracali do swojego samochodu słyszałem, jak ten drugi mówił do swojego kolegi: - Ale jaja, stary! Właśnie widzieliśmy Michaela Jacksona! To lepsze niż spotkanie z prezydentem.

Autor tłumaczenia: anialim


Masz uwagi do tekstu? Podoba Ci się tłumaczenie? A może zauważyłeś błąd? Napisz!


Please leave following field blank:

Komentarze

14/07/19 09:34 gość
Te relacje i spotkania z tymi kobietami wg mnie są nieprawdziwe albo przekombinowane. Jakim cudem gość który był niesamowicie podejrzliwy i nikomu nie ufał a do tego izolował wszystkich od siebie poznawał kobiety ? Przecież nie miał dostępu do internetu, nr telefonu zmieniał na pewno często gdy tylko wpadł w niepowołane ręce i myślę że nie rozdawał go pierwszej napotkanej kobiecie. Myśle że każda fanka w listach pisała mu jak bardzo go kocha więc nie biorę pod uwagę tej opcji również że poznał je poprzez listy. Jeżeli nie wychodzisz z domu a jeśli to robisz w obecności ochrony i nie korzystasz z internetu i nikomu nie ufasz a tym bardziej nie ufasz tak jak Michael Jackson to jak kogoś poznasz i to jeszcze w takich głębszych relacjach ? Dla mnie to jest naciągnięte, może gdybym przeczytała tylko ten rozdział to bym uwierzyła ale wiedząc o poprzednich rozdziałach i jak wyglądała jego codzienność, poczucie prywatności i podejrzliwości to nie sądzę aby była to prawda.

08/02/16 08:43 gość
.... Lisa tez wtedy byla bardzo szczupla brunetka, teraz jest"duza" blondynka.... Proszę o wyjaśnienie, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam?!

07/02/16 15:45 AnnaM
Dziekuje za tlumaczenie, tej fajnejksiazki-)

07/02/16 15:43 AnnaMonia
A dlaczego ochroniarze mieliby koloryzowac w swojej ksiazce? Nie sadze...Frank Dielo, w "Zyciu Ikony" "jako Katolik", przysiegal na Biblie, ze Michael nie jest gejem, ze mial wiele zwiazkow, nawet ze slawnymi kobietami...ale ta wiedze, zabierze ze soba do grobu....Moze niektore podpisywaly te umowy o poufnosci. A widmo placenia 10 milionow dolarow kary, skutecznie zamykalo usta. Zreszta sadze tez, ze moze Michael je tez mogl najpierw sprawdzac, tj. to zrobil z ochroniarzem, podstawiajac fotoreportera, oferujacego mu 50 tysiecy dolarow....Zreszta, nie sadze, zeby wszystkie dziewczyny byly takie puste I chcialy opowiadac calemu swiatu o swoich lozkowyc sprawach..Lisa tez wtedy byla bardzo szczupla brunetka, teraz jest"duza" blondynka...Zbierajac wypowiedzi wszystkich, wychodzi, ze naprawde lubil piekne, mega szczuple brunetki tj Tatiana z "The way you make me feel"...

07/02/16 15:43 AnnaMonia
A dlaczego ochroniarze mieliby koloryzowac w swojej ksiazce? Nie sadze...Frank Dielo, w "Zyciu Ikony" "jako Katolik", przysiegal na Biblie, ze Michael nie jest gejem, ze mial wiele zwiazkow, nawet ze slawnymi kobietami...ale ta wiedze, zabierze ze soba do grobu....Moze niektore podpisywaly te umowy o poufnosci. A widmo placenia 10 milionow dolarow kary, skutecznie zamykalo usta. Zreszta sadze tez, ze moze Michael je tez mogl najpierw sprawdzac, tj. to zrobil z ochroniarzem, podstawiajac fotoreportera, oferujacego mu 50 tysiecy dolarow....Zreszta, nie sadze, zeby wszystkie dziewczyny byly takie puste I chcialy opowiadac calemu swiatu o swoich lozkowyc sprawach..Lisa tez wtedy byla bardzo szczupla brunetka, teraz jest"duza" blondynka...Zbierajac wypowiedzi wszystkich, wychodzi, ze naprawde lubil piekne, mega szczuple brunetki tj Tatiana z "The way you make me feel"...

09/06/15 15:47 marjol 💔❤
Joanna .... A od kiedy to miarą bycia fankĄ jest zgadzanie się z Twoją opinią ? Ty też chyba mojasynem Jego nie byłaś ?

25/01/15 23:48 joannav
czego nie cierpię to pseudofanowskiego udawania że wszystko wiedzą lepiej na zasadzie "byłam/em podeszwą w mokasynie"! MJ miał laski na całym świecie... i ma nadal :) hmmm gościówa/gościu z listopada może pomarzyć i raczej fanką/fanem nie jest.

10/12/14 12:17 gość
Zdjęcie jest zabawne i pasuje do rozdziału. Jeśli zwróci mi uwagę anialim, uszanuje jej zdanie :)

10/12/14 01:11 ♥ Jolanta ♥
...wczoraj 14:01 gość ... to nie miejsce na takie posty...od tego jest HP ..

09/12/14 14:01 gość

30/11/14 19:59 gość
Nie było żadnych kobiet które rzekomo go odwidzały to wymysł ochroniarzy

14/11/14 15:48 ♥ Jolanta ♥
Dziewczyny, troche zrozumienia i cierpliwości :)

13/11/14 18:44 Magda
Czy można mieć nadzieję na kontynuację tłumaczenia?

11/11/14 18:23 gość
Jestem zdruzgotana .. nie ma dalszego ciągu ...

06/11/14 16:22 gość
Nie mogę się doczekać na cdn ,wiem proza życia ,ale ....

28/10/14 19:08 gość
Aniulim , bardzo dziękuję za odpowiedż.

28/10/14 18:51 anialim
@Gość: Połowa książki za nami, ciąg dalszy będzie. Wkrótce :)

28/10/14 17:06 gość
Czy będzie nie długo dalszy ciąg? Dużo jeszcze rozdziałów zostało? Byłam bym bardzo wdzięczna za odpowiedż.

16/10/14 05:23 gość
"Nikt nie zna prawdy. Nikt nie wie, czym lub kim jestem. I im dłużej ludzie będą dociekać tej prawdy, tym większa będzie moja sława..." - M.J.J

16/10/14 00:06 gość
najlepiej mieć ideał w głowie. Kwiatuszki czyli kochanki ? Czy zakupoholizm Michaela i niepłacenie rachunków? W tej kwestii ochroniarze przecież nie piszą nic nowego ...