En Pl
Strona główna | Tablica | Hyde Park | O stronie

Część druga: Dlaczego oni po prostu nie zostawią mnie w spokoju? XIV
Część druga: Dlaczego oni po prostu nie zostawią mnie w spokoju? XIII

Rozdział 14



Po dwóch miesiącach w New Jersey Michaelowi Jacksonowi zadano dwa poważne ciosy, jeden po drugim. W październiku szejk Abdullah z Bahrajnu, zmęczony próbami zawarcia ugody, jakimi męczyli go prawnicy Jacksona, złożył w Londynie pozew przeciwko wokaliście, żądając zwrotu 7 milionów dolarów, jakie zainwestował w nigdy nienagrany album i przedstawienie musicalowe – przedsięwzięcia, jakie zakładała umowa w ramach wytwórni Two Seas Records. W przeciwieństwie do niepoważnych pozwów, które pochłaniały tak wiele czasu Jacksona, ta sprawa mogła ostatecznie go zniszczyć. Szczegółowe zapisy kontraktu podpisanego przez Jacksona i Abdullaha dawały szejkowi prawa do każdego nowego nagrania i każdego występu na żywo Jacksona. Wokalista utrzymywał, że został wprowadzony w błąd i podpisał umowę, której warunki nie zostały mu wcześniej wyjaśnione. Abdullah zaś twierdził, że został wykorzystany i porzucony. Tak czy inaczej – możliwość pracy Jacksona została zablokowana do czasu rozwiązania tego sporu.

Kilka dni później, Fortress Investment Group uruchomili procedury zmierzające do zajęcia Neverlandu. 22 października wystawili wezwanie do zapłaty oraz zapowiedzieli sprzedaż posiadłości. Hipoteka obciążona była na 23 miliony plus 212,963 dolarów odsetek. Jackson miał 90 dni na spłacenie długu – w przeciwnym razie jego dom zostałby zlicytowany.

Jesienią 2007 roku Michael Jackson tkwił w piwnicy domu Connie i Dominika Cascio, a jego finanse były zamrożone. I jak to miał w zwyczaju: w obliczu kłopotów zwrócił się o pomoc do osoby bogatej i potężnej.



Bill: Pewnego wieczoru w New Jersey, pan Jackson poprosił, byśmy przyjechali po niego do domu państwa Cascio i zawieźli na spotkanie z Londellem McMillanem – znanym prawnikiem gwiazd. Londell zajmował się sprawami Prince’a, Steviego Wondera, Lil’ Kim, a w przeszłości prowadził też kilka spraw pana Jacksona. Znałem Londella z opowieści innych klientów, dla których pracowałem, ale wtedy po raz pierwszy usłyszałem jego nazwisko w związku z panem Jacksonem.

Do spotkania doszło w centrum handlowym Westfield Garden State Plaza przy trasie nr 4. Na parkingu samochód Londella zatrzymał się tuż obok naszego, Było ciemno, powoli robiło się zimno. Londell dosiadł się do pana Jacksona, a my z Javonem wysiedliśmy z samochodu, by panowie mogli swobodnie porozmawiać. Podpisali jakieś dokumenty. Całe spotkanie nie trwało nawet pół godziny.

Od tego czasu nazwisko Londella słyszałem coraz częściej, zwykle w związku ze sprawami, którymi wcześniej zajmowała się Raymone. „Zadzwoń do Raymone” zamieniło się w „zadzwoń do Londella”. Miałem wrażenie, że właśnie nastąpił początek końca Raymone.



Javon: W Virginii z wizytą zjawił się pastor Jesse Jackson. Od lat był przyjacielem rodziny. Podczas tamtego spotkania zaprosił pana Jacksona na swoje przyjęcie urodzinowe, które miało obyć się w pierwszym tygodniu listopada w Los Angeles. Temat ten nie powrócił aż do naszego pobytu w New Jersey. Na dwa czy trzy tygodnie przed planowaną imprezą, pan Jackson powiedział, że chce tam pojechać, że obiecał to pastorowi.



Bill: Już sama podróż do LA to ciekawa historia. Po pierwsze, pan Jackson chciał wynająć luksusowy autobus i spędzić kilka dni w podróży. Polecił mi zorientować się w możliwościach odbycia takiej wycieczki. Poprosił również, bym rozejrzał się za domami do wynajęcia w Vegas i wyraźnie zapowiedział, bym nie informował o niczym Raymone. Zacząłem więc wydzwaniać do pośredników, zebrałem kilka propozycji i wydrukowałem je dla pana Jacksona. I nagle wszystkie przygotowania zostały zastopowane. Zadzwoniłem do Raymone, by uzgodnić z nią plan podróży. – To nie dojdzie do skutku. Nie mam pojęcia, jak wrócicie na Zachodnie Wybrzeże – usłyszałem od niej.

- Chodzi o to, jak dotrzemy na przyjęcie Jessego Jacksona czy jak w końcu wyprowadzimy się z New Jersey?

Wyjaśniła, że pana Jacksona nie stać na nic. Że być może mógłby sobie pozwolić na bilet lotniczy ale tylko dla siebie i dzieci, bez ochrony, nauczycielki i kogokolwiek innego. Powiedziałem o tym panu Jacksonowi. – Co za idiotyczny pomysł – odpowiedział. – Co za idiotka. A wy? Kto będzie chronił moje dzieci? Nie ma mowy.

Polecił mi zadzwonić do Londella, to on teraz był tym, który wszystko naprawia. Tak też zrobiłem i opowiedziałem mu o wszystkim. Ten zadzwonił do Jessego Jacksona, który zgodził się założyć pieniądze na nasz wyjazd i pobyt w LA. Zatem było ustalone, że na trzy dni przed przyjęciem lecimy do LA: ja, Javon, Mike LaPerruque, pan Jackson, jego fryzjerka, dzieci i nauczycielka.

Mieliśmy lecieć samolotem rejsowym. Na lotnisko pojechaliśmy z New Jersey samochodami – umówiłem się ze znajomymi, że odwiozą je później do domu Cascio. Ostatecznie plan zakładał, że zostaną później wysłane do Vegas, kiedy już tam wrócimy. Pies Prince’a też musiałby zostać później dosłany. Kota mogliśmy zabrać na pokład, ale pies musiał na razie zostać u Cascio. Prince płakał przez całą drogę na lotnisko. Zapytałem pana Jacksona, czy wszystko z nim w porządku.

- Tak, nic mu nie będzie – odpowiedział. – Jest tylko zły, ale obiecałem, że zadbacie o to, by Kenii nic się nie stało. Zajmiecie się nią, prawda?

- Oczywiście, proszę pana.

Na lotnisku przywitali nas ochroniarze i kilku menedżerów. Wiedzieli, kogo mają się spodziewać. Pan Jackson i dzieci mogli udać się prosto do samolotu. Odprowadzili ich Javon i Mike LaPerruque. Ja zostałem i pilnowałem bagaży. Pan Jackson wyraźnie poprosił mnie o to – dodał, że w przeszłości wiele jego rzeczy zaginęło na lotniskach.

Walizek było ze trzydzieści. Szczególnie pilnowałem teczki z Oscarami. Miał również teczkę Louisa Vuittona i kolejną, skórzaną walizkę z biżuterią i kosmetykami. Ochroniarze z lotniska skanowali każdą sztukę bagażu. Obserwowałem ich pracę. Ostatnia była teczka Louisa Vuittona.

- Proszę pana, niestety, skaner nie pozwala stwierdzić, co jest w środku. Musimy ją otworzyć – jeden z nich powiedział do mnie.

- Nie mam klucza i nie znam kodu – odpowiedziałem.

- My mamy odpowiednie klucze. Możemy?

- Oczywiście.

I otworzyli. Sam nie widziałem, co zobaczyli – stali po drugiej stronie urządzenia. Ale, kiedy tylko uchylili walizkę, jeden spojrzał na drugiego, a później obaj – wzrokiem pewnym zdziwienia – na mnie. Czy byłem zdenerwowany? Nie miałem pojęcia, co jest w środku i już byłem gotów, by zapewnić ich, że cokolwiek tam jest, nie mam z tym nic wspólnego.

- Czy może pan tu pozwolić? – Jeden zwrócił się do mnie.

Wciąż jeszcze wyciągałem rzeczy z kieszeni, nie przeszedłem jeszcze przez wykrywacz metalu. – Proszę się nie martwić zawartością kieszeni, po prostu proszę przejść – usłyszałem.

Podszedłem do nich i zajrzałem do walizki. Było tam przynajmniej 300 000 dolarów. Same studolarówki. Ochroniarze nie mieli pojęcia, z kim podróżowałem – pan Jackson był już na pokładzie samolotu. Sądzili, że to moje pieniądze. W pierwszym odruchu, chciałem uciec. Od razu w głowie pojawiły się stereotypowe myśli: oto czarny facet na lotnisku z walizką pełną pieniędzy. Nie miałem pojęcia, co robić.

- Musi pan to zgłosić.

Kiedy wyjaśniali mi, co mam zrobić i do kogo zadzwonić, pojawiła się menedżerka, który wcześniej odprowadził pana Jacksona. Gestem przywołałem ją do siebie. – Czy może pani im powiedzieć, z kim podróżuję? – Zapytałem.

Kobieta spojrzała na walizkę i powiedziała: - Och, ten pan jest z… - Gestem ręki wskazała na bramkę. – W porządku. Jest w porządku. Przepuście go – zwróciła się do ochroniarzy.

Tak też zrobili, załadowałem wszystko na wózek i udałem się do bramki. Czy mi ulżyło? Chwilę wcześniej byłem pewien, że mnie aresztują!

Na lotnisku w LA czekały na nas wynajęte samochody i kilku ochroniarzy, którzy pracowali dla Jessego Jacksona. Nauczycielka, fryzjerka i ja mieliśmy zatrzymać się w hotelu przy lotnisku. Pan Jackson z dziećmi zamieszkali w domku gościnnym jednego z przyjaciół pastora w Beverly Hills. Mike Laperruque pochodził z LA, więc wrócił do domu. Javon też miał krewnych w mieście – zamieszkał u swojej babci. Zawiozłem więc pana Jacksona i dzieci na miejsce, a później wróciłem do hotelu.

Przyjęcie miało się odbyć dwa dni później w hotelu Hilton w Beverly Hills. Skontaktowałem się z pracownikami Jessego Jacksona i ustaliłem z nimi szczegóły dotyczące naszego przyjazdu, czasu i logistyki. W dzień przyjęcia, Jesse Jackson czekał na nas na zewnątrz. Na imprezie były same sławy: Larry King, Don Cornelius z Soul Train. Wysiedliśmy z samochodu i od razu rozbłysły flesze aparatów – pstryk, pstryk, pstryk! Z każdej strony. Po czerwonym dywanie weszliśmy do środka.

Kiedy odprowadzałem pana Jacksona do jego stolika, minęliśmy Berry’ego Gordy’ego. Wiedziałem, że odegrał ważną rolę w karierze pana Jacksona, sprowadzając go i jego braci do Motown, ale nigdy wcześniej pan Jackson o nim nie mówił, więc nie byłem pewien, czy relacje między nimi były poprawne. Szepnąłem panu Jacksonowi: - Proszę pana, jest tu Berry Gordy. Kiedy tylko to usłyszał, niemal staranował kobietę przed nami, próbując dostać się do pana Gordy’ego. Od razu do niego podbiegł i mocno uścisnął.

Było widać, że łączy ich przyjaźń. Miałem dobre przeczucia. Po przyjęciu, poszliśmy na górę na after-party. Wtedy pan Jackson znów rozmawiał z panem Gordym. Nie słyszałem treści ich rozmowy, ale było widać, że dotyczy spraw poważnych. Usłyszałem tylko słowa pana Jacksona: - Dziękuję. Brakuje mi ciebie. Przydałaby mi się twoja pomoc.

Być może faktycznie opowiedział mu o swoich problemach. Nie miałem co do tego pewności, ale dobrze, że mógł pogadać z kimś, kogo znał. Po przyjęciu przyprowadziliśmy samochody. Jesse Jackson odprowadził pana Jacksona do drzwi, podziękował za przybycie i odjechaliśmy.

Następnego ranka, około jedenastej, odebrałem telefon z recepcji. – Czy dzisiaj się pan wymelduje? – Usłyszałem.

- Raczej nie – odpowiedziałem.

- Otrzymaliśmy zaliczkę na trzy dni pobytu, zatem do południa potrzebowalibyśmy drugiej karty kredytowej.

Zadzwoniłem do pana Jacksona i poinformowałem o tej sytuacji. Kazał zadzwonić mi do Londella, tak też zrobiłem. Ten zdziwiony zapytał, dlaczego wciąż jesteśmy w mieście.

- Nie wiem. Nikt nie mówił mi, że mamy wyjechać.

- Tylko trzy dni pobytu w hotelu były opłacone. Zresztą, on też powinien już opuścić dom, w którym zamieszkał – powiedział Londell.

- Naprawdę?

- Tak. Za niedługo pojawią się tam kolejni goście. Zapowiedzieliśmy, że pobyt pana Jacksona potrwa tylko trzy dni.

Londell kazał mi zająć się sytuacją – miałem „coś wymyślić”. Dokładnie tak powiedział. Zadzwoniłem więc do pana Jacksona i powiedziałem, że Londell nic nie może zrobić i musimy się wymeldować z hotelu. – W porządku. Zaraz do ciebie oddzwonię – powiedział i rozłączył się.

I wybiło południe. Później pierwsza, a ja wciąż siedziałem w pokoju i czekałem. I tak aż do trzeciej, kiedy w końcu przyszli i mnie stamtąd wykopali. Były ze mną nauczycielka i fryzjerka – one też zostały wyrzucone.

Moją kartą kredytową mogłem zapłacić tylko za jeden pokój na jedną noc, więc wynająłem go dla nauczycielki. Musiała się gdzieś zatrzymać, a my musieliśmy gdzieś przechować bagaże. Fryzjerka miała w mieście jakichś znajomych i pojechała do nich. Pomyślałem, że poczekam i postanowię, co dalej. Kilka razy dzwoniłem do pana Jacksona, ale on się nie odzywał. Byłem wkurzony. Postanowiłem, że daję mu czas do siódmej – jeśli nie zadzwoni, znikam. Siedziałem w holu przez całe popołudnie. Ostatni raz zadzwoniłem do pana Jacksona o wpół do ósmej – od razu zgłosiła się poczta głosowa. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Wiedziałem tylko, że muszę dostać się do domu. Byłem daleko od córki, spłukany i gotowy, by wrócić.

Nie miałem karty kredytowej, tylko trochę gotówki, zadzwoniłem więc do przyjaciela i poprosiłem o wynajęcie dla mnie samochodu – wracałem do Vegas. Zadzwoniłem też do Javona i poinformowałem o wszystkim.



Javon: Bill był zły i nie zamierzał zostać. Postanowił wracać do domu.

Powiedziałem, że zostanę jeszcze trochę w LA, ale w końcu też musiałbym wrócić do mojej rodziny. Zapytałem Billa, czy powinienem coś zrobić, czy powinienem sprawdzić, co z panem Jacksonem.

- Ma twój numer. Jeżeli jeszcze do ciebie nie dzwonił, zapewne wszystko u niego w porządku –odpowiedział.

Okłamywałem moją rodzinę co do całej sytuacji. Powiedziałem im tylko, że pan Jackson dał mi trochę wolnego w związku z tym, że tak długo byliśmy w drodze. Nie chciałem przyznać się babci, że oto przyjechałem do niej, bo nie mam pieniędzy na hotel. Nie chciałem zasiewać paniki odnośnie powagi mojej sytuacji.



Bill: Wiedziałem, że Vegas będzie kolejnym jego przystankiem, a ponieważ nie było wiadomo, gdzie w mieście zatrzyma się pan Jackson, wiedziałem, że i tak będę musiał się tym zająć. Moje myśli krążyły wokół mnóstwa spraw. Wiedziałem tylko, że muszę coś wymyśleć. Wróciłem do Vegas późnym wieczorem. Następnego dnia z samego rana, około ósmej, siedziałem przy stole w kuchni, przeglądając w Internecie oferty domów, odebrałem telefon. To był pan Jackson. – Bill, proszę, niech jeden z was przywiezie mi radio. W tym domu nie gra żadna muzyka – powiedział.

Ani słowa o tym, co wydarzyło się dzień wcześniej. Ani słowa o nauczycielce. O wywaleniu z hotelu. Jakby nigdy nic.

- Proszę pana, jestem w Vegas – odpowiedziałem.

- W Vegas? Co ty tam robisz?

- Dzwoniłem do pana wczoraj wieczorem, pamięta pan? Mówiłem, że wyrzucono mnie z hotelu, więc przyjechałem tu, by poszukać dla pana miejsca, gdzie mógłby się pan zatrzymać po powrocie.

- A kto jest tu ze mną i dziećmi?

- Javon. Mike też jest w mieście.

- A kiedy wracam do Vegas?

- Właśnie się tym zajmuję.

- W porządku. Zorientuj się, gdzie moglibyśmy zamieszkać i zadzwoń do mnie.

I rozłączył się. Czułem się jak Alicja w Krainie Czarów. Nie miałem pojęcia, co się dzieje.



Javon: Pan Jackson nie dzwonił do mnie przez cały czas pobytu w LA, a byłem tam pięć dni. W końcu postanowiłem wracać. Poprosiłem siostrę, by zarezerwowała dla mnie lot.

Cieszyłem się z powrotu, zwłaszcza, że w końcu mogłem zobaczyć swoje dziecko. Ale też czułem, że zawiodłem. Nie chciałem mówić mojej dziewczynie, co tak naprawdę się dzieje. Ale widziała, że jestem roztargniony. Tak długo mnie nie było, a nie miałem im wiele do pokazania. Powinienem przywieźć im prezenty, a nie miałem nic poza tym, co na sobie i małym bagażu.

Mój powrót był słodkogorzki. Cieszyłem się ze spotkania z rodziną, ale martwiła mnie praca – musiałem wszystko zacząć od zera. Przyglądałem się stercie rachunków, która na mnie czekała. Zastanawiałem się, czy powinienem już zacząć szukać nowej pracy, czy mam odejść, zadzwonić do dawnej firmy i zapytać, czy mają dla mnie miejsce? Zbliżały się Święta, a ja nie mogłem sobie pozwolić nawet na kupno prezentów. Wtedy do mnie dotarło: nie było mnie stać na wyprawienie Bożego Narodzenia dla rodziny. Bill wciąż powtarzał, że mam nie dawać za wygraną, ale ja miałem już dość. Naprawdę, już nie mogłem.



Bill: Święto Dziękczynienia było za nami. Zbliżało się Boże Narodzenie, a pan Jackson wciąż mieszkał w domu w Beverly Hills – tym samym, z którego powinien był się wynieść po trzech dniach. Udało mu się przedłużyć pobyt do trzech tygodni. Sam jeździłem po Vegas, oglądałem domy, hotele, próbowałem obmyślić jakiś plan. Dzwoniłem do Raymone, próbowałem za jej pomocą coś wymyśleć. Nie mogła mi pomóc, w porządku. Kolejny numer: Peter Lopez. Nie mogłem się do niego dodzwonić – wyjechał z kraju. Następny: Londell. Ten obiecał, że pomoże i połączył mnie ze swoją asystentką. Opowiedziałem jej o posiadłości Green Valley Ranch, gdzie mieszkaliśmy po wyprowadzce z domu przy Monte Cristo.

- W porządku, zatem tam wróci – powiedziała. – Użyjemy karty Londella, a później zwróci się mu pieniądze.

Wynajęliśmy autobus, którym pan Jackson mógł z dziećmi przyjechać z LA do Vegas. Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że wraca do Green Valley Ranch. Kiedy mieszkał tu wcześniej, zajmował Apartament Prezydencki z prywatnym basenem. Dzieciakom bardzo się to podobało. Zapowiedział, że chce ten sam pokój. Zadzwoniłem do Londella i powiedziałem mu o tym życzeniu. – Ile kosztuje? – zapytał.

- Dwa i pół tysiąca za dobę.

- Do diabła, ile?!

- Ja tylko mówię, czego chce.

Londell niemal nie wytrzymał. Krzyczał, że pan Jackson musi w końcu zacząć kontrolować swoje finanse. – Nie mam zamiaru płacić dwa i pół tysiąca za noc. Niech zamieszka w normalnym pokoju. Musi w końcu zdać sobie sprawę, jak mają się jego finanse – powiedział. Przez chwilę rozmawialiśmy o jego wydatkach. W końcu zgodził się zapłacić za apartament na dwa tygodnie – ale nie był to apartament prezydencki. Panu Jacksonowi powiedziałem tylko, że tamten pokój był niedostępny. Podczas rozmowy zapytał mnie, czy Mike’a LaPerruque też jedzie do Vegas.

- Z tego, co wiem, to tak – odpowiedziałem.

- Ale moglibyśmy… Wstrzymać się z tym? Później go sprowadzimy – powiedział.

Wiedziałem, co ma na myśli. Wtedy ostatni raz słyszeliśmy o Mike’u LaPerruque.



Javon: Na kilka tygodni zamieszkaliśmy w Green Valley Ranch. Razem z Billem mieliśmy pokoje zaraz naprzeciw apartamentu pana Jacksona, ale większość czasu spędzaliśmy w pokoju Billa, bo tam ustawiliśmy monitory przekazujące obraz z kamer zamontowanych przed apartamentem pana Jacksona. Na zmianę obserwowaliśmy monitory, chodziliśmy na patrole. W zasadzie pan Jackson nie wychodził z pokoju. Nie było Grace, dzieci miały ferie świąteczne, więc nauczycielkę też rzadko widywaliśmy. Po kilku dniach przyjechał pies Prince’a. Dzieci bardzo się z tego cieszyły.

Przez cały czas pan Jackson sprawiał wrażenie, jakby wypoczywał przed wyprowadzką do tego domu w Durango – tej posiadłości za 55 milionów. Wciąż opowiadał o niej, jak o własnym domu, zapowiadał przeprowadzkę. A kiedy to robił, był o tym święcie przekonany. – Jeszcze tylko sfinalizujemy kilka umów i wam też niczego nie zabraknie. Nie martw się – mówił. Kiedy byliśmy na zakupach, raz zapowiedział nam, żebyśmy rozejrzeli się za wózkami golfowymi. – Będą nam potrzebne do patrolowania posiadłości, kiedy już się tam przeprowadzimy.

Wciąż zastanawialiśmy się, czy będzie go na to stać. Niby jak. Ale kto śmiałby powiedzieć, że Michael Jackson nie finalizuje teraz ważnych umów. W końcu to Michael Jackson. A my poświęciliśmy już tyle czasu, potu i wylaliśmy tyle łez, że chcieliśmy wierzyć, że to prawda. Chcieliśmy mieć powód, by wierzyć, że wszystko będzie dobrze.



Bill: Nauczycielka miała gdzie mieszkać. Mogła wrócić do mieszkania, ponieważ wcześniej zostało opłacone na rok z góry. Grace ciągle podróżowała. Była w Jersey przez jakieś trzy dni, a później zniknęła. Od tego czasu jej nie widziałem. Zacząłem się zastanawiać, co dzieje się z mieszkaniem przy Turnberry, w którym pomieszkiwała Rymone. Nie miałem pojęcia, czy Grace wróci, ale wiedziałem, że mieszkanie Raymone jest puste. Zapytałem więc pana Jacksona: - Dlaczego nie zamieszka pan w mieszkaniu Raymone?

- To ona ma mieszkanie w Vegas? – Zapytał.

- Tak.

- Gdzie?

- W Turnberry Towers.

Nie miał pojęcia, co to za miejsce. Wyjaśniłem mu więc: ogrodzone osiedle, luskusowe mieszkania. – Bill, proszę, dowiedz się, kto za nie płaci.

Zadzwoniłem do menedżera osiedla, odpowiedział, że nie może udzielić mi żadnych informacji. – Cóż, jeżeli mieszkanie jest wynajęte na nazwisko pana Jacksona, z pewnością jemu będzie pan mógł udzielić informacji – odpowiedziałem, a on się z tym zgodził. Podałem zatem słuchawkę panu Jacksonowi i wtedy dowiedział się, że z jego konta, zarządzanego przez Raymone, opłacane jest jej mieszkanie. Był wściekły. Powiedział, że chce oba mieszkania – i Grace i Raymone. – Niech moja mama przeprowadzi się do jednego, a ja zamieszkam w drugim.

Powiedziałem, że się tym zajmę. Zadzwoniłem do Raymone i powiedziałem, że pan Jackson prosi o zwrot mieszkań.

- Jakich mieszkań?

- Tych w Turnberry.

Była zbita z tropu. Powiedziała, że już ich nie mamy. Że to znajomy użyczał ich.

Nic nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że to jedna z tych sytuacji, kiedy lepiej udawać głupca.

Kilka dni później przyjechała do Vegas, bo sytuacja była już naprawdę poważna. Kiedy wiozłem ją do domu, od razu zaczęła zapewniać, że nie dysponuje już tymi mieszkaniami. – Nie mam pojęcia, dlaczego uważa, że mamy te mieszkania i że płaciliśmy za nie jego pieniędzmi – zapewniała. Nie dyskutowałem z nią. Nie musiała się przede mną usprawiedliwiać; winna była wyjaśnienia panu Jacksonowi.

Zawiozłam ją na spotkanie z nim. Nie mam pojęcia, jak przebiegła ich rozmowa. Temat mieszkań nigdy więcej nie powrócił. Nigdy. Niewiarygodne. Może spóźnili się z zapłatą czynszu? Może pan Jackson wiedział o nich wcześniej, ale zapomniał? Wcale by mnie to nie zdziwiło. Nigdy tego nie wyjaśnił. Faktem jest, że wtedy po raz ostatni widziałem Raymone Bain.

Po dwóch tygodniach w Green Valley Ranch zadzwonił do mnie menedżer posiadłości. – Panie Whitfield, potrzebujemy kolejnej karty kredytowej. Obecna została wycofana.

Skontaktowałem się z Londellem. Potwierdził, że wycofał swoją kartę. Przypomniał, że zgodził się tylko na dwa tygodnie, a nie mógł sobie pozwolić na opłacanie w nieskończoność pobytu w hotelu. Zostałem z tym sam.

Zwróciłem się zatem do pana Jacksona. – Proszę pana, dotychczasowa karta kredytowa wygasła. Potrzebujemy nowej.

- W porządku. To daj im inną kartę – odpowiedział. I mówił to w taki sposób, jakbym spał na kasie.

- Proszę pana, nie mam żadnej karty.

Nie miał na to odpowiedzi. Oczekiwał, że do kogoś zadzwonię i się tym zajmę. Próbowałem wynegocjować u menedżera trochę czasu, ale ten był niewzruszony. Kazał nam wyprowadzić się do końca dnia – w przeciwnym razie zostaniemy wywaleni. Jeżeli tylko o czymś takim dowiedzieliby się dziennikarze – nie mogliśmy do tego dopuścić. Javon już zaczął pakować nasze rzeczy, żeby ich nie zabrali.

Nie mogłem zadzwonić do Raymone ani do Londella. W końcu zwróciłem się do Petera Lopeza. Powiedział, że coś wymyśli i oddzwoni. Odezwał się kilka godzin później i polecił nam udać się do Palms. Przyjaźnił się z Georgem Maloofem, właścicielem hotelu i ten zgodził się na kilkudniowy pobyt pana Jacksona i jego dzieci.

Musieliśmy w ciągu kilku godzin wyprowadzić się z Green Valley Ranch. Pakowanie jego rzeczy było męką samą w sobie. Michael Jackson sam nie pakował walizek. Kiedy się przeprowadzał, składał swoje rzeczy na środku apartamentu i któryś z nas miał je spakować. Tak było zawsze. Kiedy zbierałem jego rzeczy, poszedłem do łazienki sprawdzić, czy czegoś nie zapomniał. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem, że całe pomieszczenie oklejone było plakatami Bruce’a Lee, oprawione jego zdjęcia stały przy umywalce, na ścianie wisiała koszulka z nadrukowanym chińskim smokiem. Jakby chciał udekorować swój pokój na wzór chińskiej restauracji. Nie miałem nawet pojęcia, skąd wziął te wszystkie rzeczy. Zdjęcia Bruce’a Lee naprawdę przykuły moją uwagę. Pozy kung-fu przypomniały mi niektóre z ruchów tanecznych, jakie widziałem na filmach pana Jacksona. Czy tak ćwiczył swoje ruchy? Medytował? Mogłem się tylko zastanawiać.

Późnym wieczorem ruszyliśmy do Palms. Byłem w bezpośrednim kontakcie z Georgem Maloofem i poinformowałem go o dokładnej godzinie naszego przyjazdu. Osobiście się tym zajmował. Podjechaliśmy pod wejście boczne i windą dla pracowników wjechaliśmy na górę. Pan Jackson miał zamieszkać w apartamencie Hugh Hefnera. Było to ogromne mieszkanie – miało prawie 300 m2. Dwa piętra, werandę z wypoczynkiem, niesamowite przeszklone ściany, przez które można było podziwiać panoramę miasta. Apartament miał własną windę, a nawet tor do kręgli. Normalnie jedna doba kosztowała tu dwadzieścia tysięcy dolarów. George Maloof udostępnił to mieszkanie panu Jacksonowi za darmo.

Na miejscu mieliśmy spotkać się z Peterem Lopezem. Byłem wykończony, w końcu pracowałem od samego świtu. Zazwyczaj, kiedy wprowadzaliśmy się do kolejnego hotelu, od razu przystępowałem do działania. Sprawdzałem wszystko, upewniałem się, czy pokoje obok są zajęte i kto w nich mieszka. Ale teraz, szczerze mówiąc, brakowało mi motywacji. Zamiast tego więc przechadzałem się po apartamencie i podziwiałem widok. W tamtym czasie zdany byłem wyłącznie na siebie. Javon musiał zająć się rodziną i wziął kilka dni wolnego.

George Maloof przyszedł na górę, by porozmawiać z panem Jacksonem i pokazać mu wszystko. Peter Lopez zadzwonił i powiedział, że wpadnie w towarzystwie Akona – pan Jackson chciał popracować z nim w studio. Było już po północy. Nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Powiedziałem panu Jacksonowi, że poczekam na zewnątrz. Wziąłem krzesło, ustawiłem je na korytarzu, zabijałem czas bawiąc się iPhonem. Trzy kwadranse później na piętrze pojawili się Peter Lopez i Akon. Przywitałem ich i poinformowałem pana Jacksona, który wpuścił ich do pokoju.

Siedziałem na korytarzu przez kolejne dwie godziny. Bateria w telefonie padła, nie miałem więc co robić ani jak do kogoś zadzwonić. Dochodziła trzecia w nocy, byłem potwornie zmęczony i zastanawiałem się, co się dzieje. Czy zejdą na dół do studia? Zapukałem – nikt nie otworzył. A dobrze wiedziałem, że wszyscy są w środku. Siedziałem więc na korytarzy, przysypiałem i nikt nie informował mnie, co się dzieje. W końcu miarka się przebrała, postanowiłem, że wracam do domu.

Zjechałem na dół windą. Na parkingu znalazłem swój samochód, zaraz podłączyłem telefon do ładowania. Przez chwilę siedziałem jeszcze w wozie, zastanawiając się, czy na pewno powinienem odjechać. Nagle zadzwonił telefon. To on, był zdenerwowany.

- Bill! Gdzie jesteś?

- Na dole, proszę pana.

- Na dole? Gdzie na dole?

- Zszedłem tylko… - Cholera. – Zszedłem tylko, żeby coś sprawdzić w recepcji, sir.

- Nie możesz mnie tak po prostu zostawić, Bill. Nie możesz zostawiać mnie i dzieci.

- Oczywiście, proszę pana. Już wracam na górę.

- W porządku. Idziemy teraz do studia. Wiesz, gdzie to jest?

- Tak. Wiem.

- Dobrze. Będziemy tam, proszę, popilnuj dzieci.

- Dobrze, proszę pana.

Kiedy dotarłem na górę, oni byli już w studiu. Znów usiadłem na swoim krześle – byłem zmęczony, głodny i wściekły. Z powrotem zjawił się dopiero o wpół do dziewiątej rano. Chciałem wrócić do domu, musiałem odpocząć. Zadzwoniłem do Javona, ale nie mógł mnie zmienić. Zwróciłem się więc do pana Jacksona i powiedziałem, że muszę pojechać do domu i coś zjeść. – To kto zostanie tutaj z dziećmi? – zapytał.

- Poproszę kogoś z ochrony hotelowej.

- Można im zaufać?

- Tak, proszę pana.

Znałem jednego z ochroniarzy; w przeszłości kilka razy pracował dla mnie. Znalazłem go i poprosiłem o przysługę – wyjaśniłem, o co chodzi. Odpowiedział, że musi zapytać przełożonego. Zaproponowałem, że zamiast tego, zadzwonię bezpośrednio do George’a Maloofa. Tak też zrobiłem, wyjaśniłem wszystko i uzyskałem zgodę. Zatem ten facet usadowił się przed apartamentem pana Jacksona, a ja pojechałem do domu i padłem. Kiedy tylko się obudziłem, spojrzałem na telefon – miałem mnóstwo nieodebranych połączeń od pana Jacksona. Wydzwaniał cały dzień – prosił o jakieś zakupy, o przywiezienie jakichś paczek.

Kiedy odsłuchiwałem kolejne wiadomości, naprawdę, byłem już u kresu sił. Moja córka była na mnie wściekła, krzyczała, że nigdy nie ma mnie w domu. Nie miałem pieniędzy na prezenty świąteczne ani dla niej ani dla nikogo innego. Sytuacja naprawdę nie wyglądała wtedy różowo. Ale też nie widziałem innego wyjścia, jak tylko wrócić do hotelu i sprawdzić, co się dzieje. Wziąłem prysznic i wieczorem pojawiłem się w Palms.

Akon wciąż był w mieście. Razem pracowali nad jakimiś nagraniami. W ogóle, nagle zaczęło się bardzo wiele dziać – korespondencja, umowy do podpisania. Było tego więcej niż zwykle. Coś się działo – jakby nagle w zasięgu wzroku pojawił się jakiś kontrakt. Ale cokolwiek miało się wydarzyć, nie następowało to wystarczająco szybko. Zbliżały się Święta, a pan Jackson nie chciał spędzać ich w hotelu. Było jednak oczywistym, że nie ma innego wyboru.

Kiedy pan Jackson wiedział już, że zostaje na Boże Narodzenie, powiedział, że chciałby, by to miejsce wyglądało „świątecznie”. Poprosił, żebym pojechał po choinkę i dekoracje. Powiedziałem, że nie ma na to pieniędzy.

- Och, a ile potrzebujesz?

- Nie wiem. Dwieście, trzysta dolarów?

Podszedł do stolika, na którym leżał stos banknotów i dał mi tysiąc dolarów. Kupiłem choinkę, lampki i figurki reniferów. Pan Jackson wraz z dziećmi zajęli się dekorowaniem apartamentu.

Dwa dni przed Bożym Narodzeniem, poprosił o zorganizowanie wyjazdu na zakupy – potrzebował prezentów dla dzieci. Zadzwoniłem do FAO Schwarz i ustaliłem szczegóły nocnej wyprawy do centrum handlowego. Na miejscu, przechadzaliśmy się dział po dziale. Pan Jackson zabierał różne rzeczy – kolejki, maskotki, lalki. Pracownik sklepu szedł za nim z pustym, wielkim wózkiem – nie zakupowym, ale takim, jakiego używa się w magazynach. Pan Jackson zapełniał go swoimi zakupami. Razem z Javonem przyglądaliśmy się całej sytuacji i bynajmniej nie byliśmy zadowoleni. Javon szeptał mi do ucha, że nie stać go nawet na zakup pieluch dla dziecka. Kiedy pan Jackson oglądał lalki, zwrócił się do mnie: - Nie kupujesz nic dla swojej córki, Bill?

- Nie, proszę pana. Nie dostaliśmy jeszcze wypłaty.

- Och. – I tyle. Tyle tylko odpowiedział. I zaraz wrócił do zakupów. W tamtej chwili naprawdę miałem ochotę nim potrząsnąć. W mojej głowie już widziałem, jak to robię. Widziałem, jak go uderzam, a on przewraca się na stos figurek bohaterów akcji. W myślach widziałem też nagłówki gazet: Ochroniarz pobił Michaela Jacksona.

Ale, rzecz jasna, nie powiedziałem ani nie zrobiłem niczego. Odpuściłem.



Javon: Stałem kilka metrów dalej, ale doskonale widziałem wyraz twarzy Billa. Kiedy pan Jackson się oddalił, Bill przez radio zapytał mnie: - Dasz wiarę, że tak zwyczajnie mnie o to zapytał?!

- Bill, pozwól sam go zapytam, czy kupi coś twojej córce. Zrobię to – odpowiedziałem.

Bo już naprawdę miałem dość. Miałem dość obchodzenia się z faktami jak z jajkiem. Chciałem porozmawiać z panem Jacksonem i wygarnąć mu, że zbliżają się Święta, że sami jesteśmy ojcami i chcemy zrobić dla naszych dzieci dokładnie to samo, co on robi dla swoich. Ale my nie mamy takiej możliwości. Chciałem go zapytać, kiedy będzie nas stać na prezenty dla dzieci.

Tylko o tym myślałem. Nie chodziło mi o zaległe wypłaty – chciałem tylko dostać tyle, żebym mógł wyprawić Święta. Nawet nie musiałyby to być prezenty z FAO Schwarz. Tu i tak zabawki są za drogie. Kilka drobiazgów z KB Toys wystarczyłoby mi. Tylko tyle. I naprawdę byłem gotów powiedzieć to wszystko panu Jacksonowi. Miałem dość milczenia. Ale Bill ciągle powtarzał, że wszystkim się zajmie, że coś wymyśli, że porozmawia z Londellem.



Bill: Kiedy Michael Jackson widział obrazy z biednej Afryki albo chore na raka dzieci w szpitalu, od razu gotów był do pomocy. Albo kiedy czytał list od fana, który pisał, że jego rodzina ledwo wiąże koniec z końcem, w momencie potrafił się rozpłakać. Umiał być najbardziej wrażliwą i troskliwą osobą, jaką znałem. Przez całe życie oddał setki milionów dolarów na cele dobroczynne. I nie mówię tylko o przekazaniu czeku dla United Way przed kamerami. Mówię o tym, że sam osobiście wyciągał pomocną dłoń wobec każdego w potrzebie. Jak temu facetowi, Dave’owi, temu z Nowego Jorku, który ucierpiał w pożarze. Na przestrzeni lat były dziesiątki takich Dave’ów. Niektórym Michael Jackson dosłownie uratował życie.

To współczucie było naprawdę szczere i dawał temu wyraz również w swojej muzyce. To dlatego wielu jego fanów uważa go za kogoś niemal świętego, za niesamowicie hojną i troskliwą osobę. I taki był. Ale jednocześnie nie potrafił dostrzec cierpienia, jakie sam sprawiał ludziom wokół siebie. Nie chciał tego dostrzec. Biorąc pod uwagę styl jego życia, izolację od najmłodszych lat, nie sądzę, by kiedykolwiek udało mu się wykształcić cechy konieczne do utrzymywania relacji osobistych. Wyłączył te uczucia, nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Jeżeli to ja nie wypłacałbym swojemu pracownikowi pensji przez kilka miesięcy, zdawałbym sobie sprawę z tego, jaki ma to ma wpływ na moich podwładnych. Po prostu bym wiedział, widział to. Ale on nie był do tego zdolny. Dlatego wciąż powtarzałem sobie, że to nie jego wina.

Po zakupach poszliśmy do biura sklepu. Pan Jackson stał za mną, a ja obserwowałem, jak pracownik sklepu załatwia formalności. Rachunek wynosił niemal dziesięć tysięcy dolarów. Kiedy usłyszałem ostateczną kwotę, odwróciłem się do pana Jacksona – sądziłem, że jak zawsze przekaże mi gotówkę. Zamiast tego, wyciągnął kartę kredytową. Nie miałem pojęcia, skąd ją wziął, nawet nie wiedziałem, że ją posiada. Musiała być nowa. Wciąż oklejona była białym paskiem aktywacji, jakby wcześniej nie była używana. Przekazałem ją pracownikowi. Transakcja nie została odrzucona – pojawił się komunikat, że karta nie jest aktywowana.

- Czy aktywował pan kartę? – zapytałem.

- Tak, pozwalam tobie jej użyć – odpowiedział.

Mówił zupełnie serio – jakby mówił: Bill, możesz jej użyć, autoryzuję ją. Sądził, że o to mi chodzi, jakby jego słowne pozwolenie było magiczną formułą, która sprawi, że karta zadziała. Próbowałem mu wytłumaczyć, o co chodzi, pytałem, czy ma numer aktywacji. Naprawdę nie miał pojęcia, o co mi chodzi. Nigdy sam nie załatwiał takich spraw. Powtarzał tylko: - Jest tam mnóstwo pieniędzy. Spróbuj jeszcze raz. Raz jeszcze.

Pracownik sklepu próbował. A ja co chwila szeptałem coś do pana Jacksona i wyjaśniałem mu, co się dzieje. – Po prostu powiedz im, że wrócimy i zapłacimy później – powiedział w końcu.

Pomyślałem: Czy on naprawdę myśli, że ktoś pozwoli mu wyjść ze sklepu z zabawkami wartymi dziesięć tysięcy i uwierzy na słowo, że wróci i ureguluje rachunek? I do tego każda zabawka ma być zapakowana na prezent? Wiedziałem, że nie ma na to szans, ale i tak przekazałem jego prośbę pracownikowi sklepu.

Ten w odpowiedzi spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Próbowałem wynegocjować coś, a pan Jackson szeptał mi do ucha: - Przecież ciągle robię tu zakupy. Powiedz mu, że przecież nic się nie stanie.

W końcu zadzwoniłem do Londella. W Nowym Jorku była prawie czwarta nad ranem, ale nie miało to znaczenia. Opisałem mu całą sytuację. Polecił mi włączyć tryb głośnomówiący, przez telefon zapłacił swoją kartą. Zabawki zostały zapakowane, zawieźliśmy je do hotelu i położyliśmy pod choinką.

Później trzymałem się raczej na uboczu. Załatwiłem z ochroną hotelu, by ktoś zawsze czuwał przy drzwiach apartamentu i razem z Javonem mieliśmy w końcu chwilę wolnego. Byłem wyczerpany. Musiałem się komuś wyżalić. Ponieważ Londell wybawił nas z kilku sytuacji, postanowiłem zadzwonić do niego. Powiedziałem mu o kilku sprawach, wspomniałem też o sytuacji mojej i Javona. Zapytał, od kiedy nie dostajemy wypłaty i czego potrzebujemy. Na szczęście obyło się bez proszenia o pomoc czy zawstydzania mnie. Dostaliśmy dwa i pół tysiąca dolarów, więc mogliśmy odetchnąć. To była prawdziwa ulga.

Przez Święta niewiele się działo. W Boże Narodzenie zadzwoniłem do pana Jacksona, by życzyć mu wesołych Świąt. – Czy twoja córka dostała wszystko, co sobie wymarzyła?

- Tak. Proszę pana. Ma wszystko.

- A ma iPhone’a?

- Nie, proszę pana.

- Kup jej i powiedz, że to ode mnie. Oddam ci pieniądze.

To był miły gest, pomyślałem, że może zdał sobie sprawę z całej sytuacji. Kupiłem więc córce telefon, zapakowałem jakby naprawdę on go kupił. Oddał mi pieniądze. Kilka dni później rozmawiałem z nim przez telefon. – Moja córka bardzo panu dziękuje za iPhone’a, sir – powiedziałem.

- Nie ma sprawy – odpowiedział.

Przekazałem jej słuchawkę i przez chwilę rozmawiali. Podziękowała mu. Ależ była wtedy szczęśliwa. Nie mogła uwierzyć, że rozmawia przez telefon z Michaelem Jacksonem. To była jedna z milszych chwil w tamtym okresie.

Zaraz po Świętach zostaliśmy poproszeni o zmianę pokoju. Ktoś ważny miał przyjechać na Sylwestra, a szefostwo hotelu wolało, żeby w apartamencie zamieszkał ktoś, kto za swój pobyt zapłaci. Przenieśliśmy rzeczy pana Jacksona do mniejszego pokoju po drugiej stronie korytarza.

Mniej więcej w tym samym czasie, do mojego domu kurier przyniósł trzy paczki – duże pudła. Konto pana Jacksona na eBayu zarejestrowane było na moje nazwisko i za każdym razem, kiedy coś zamówił, paczki przychodziły do mnie. Zadzwoniłem do niego i poinformowałem o przesyłkach. Bardzo się ucieszył i polecił mi natychmiast je przywieźć.

Zawiozłem je do hotelu i zaniosłem do jego pokoju. Zaczął otwierać paczki. W pierwszej były nogi – ludzkich rozmiarów nogi manekina. Chyba porcelanowe, z butami w komplecie. To było dziwne. W drugiej był tułów. Dość osobliwy – ze skrzydłami. Pomyślałem, że wygląda jak Dzwoneczek. Ale tak nie mogło być, bo przecież Dzwoneczek jest mały, a ta postać jest ogromna. I otworzyliśmy trzecią paczkę.

Tak, to był Dzwoneczek.

Złożyliśmy całego manekina. Dwumetrowego Dzwoneczka. Pan Jackson był wniebowzięty. Już postanowił, w którym miejscu w pokoju stanie.

Sytuacja była trudna. Naprawdę starałem się pomóc mu we wszystkim, ale on wciąż powtarzał te same błędy. Nie stać go na opłacenie pobytu w hotelu, ale ma pieniądze na jakieś bzdury z Internetu? Pod pewnymi względami obwiniałem go za całą sytuację, a jednocześnie go broniłem. Czasem sądziłem, że sam jest za to wszystko odpowiedzialny i wtedy byłem na niego zły. Kiedy indziej znowu, winę zwalałem na ludzi, którymi się otaczał i wtedy wściekałem się na nich. Bywało, że sądziłem, iż naprawdę go rozumiem i wiem przez co przechodzi. Ale bywało też, że nie rozumiałem go wcale.



Javon: Tamtego dnia, kiedy byliśmy w FAO Scharz, byłem na niego zły jak nigdy wcześniej. Ale nawet wtedy nie potrafiłem złościć się dłużej niż dziesięć minut. Jestem pewien, że w drodze do domu powiedział coś, co sprawiło, że zapomnieliśmy o wszystkim. Po prostu, było w nim coś takiego, coś w jego zachowaniu; był tak delikatny i łagodny. Nawet gdybyś był w złym nastroju, sama jego obecność natychmiast poprawiłaby ci humor. Tak działał na innych ludzi. Wiedział, jak sprawić, by inni go lubili. Sam sposób, w jaki się wypowiadał, powodował, że człowiek wierzył, że każde jego słowo jest szczere.

Na własne oczy widziałem, jak wywoływał uśmiech na twarzach innych. Każdy, kto miał z nim kontakt – od osób znanych po zwykłych Kowalskich – promieniał w jego obecności. Nie rozumieliśmy, dlaczego w sprawach zawodowych nie potrafił postawić na ludzi godnych zaufania. Nie mogliśmy pojąć, że tak mądry facet dawał się tak wykorzystywać. Przez to było nam żal jego i jego dzieci. Mieszkali na walizkach, nie było żadnego planu, dokąd mogliby się udać. To wszystko sprawiało, że chcieliśmy ich chronić i dbać, by nic im się nie stało. To dlatego z czasem nasze obowiązki przestały być dla nas tylko pracą, a stały się pewną misją.

Kiedy bywał tak naiwny, myśleliśmy sobie: Boże, on nawet nie potrafi autoryzować własnej karty kredytowej. Jest tak przyzwyczajony do tego, że inni załatwiają za niego jego sprawy, że może to naprawdę nie jego wina, że nie dostajemy wypłaty. Ale jednocześnie był zdolny do zaaranżowania sytuacji z paparazzi, o której opowiadaliśmy wcześniej, by sprawdzić, czy może nam ufać. Moim zdaniem na coś takiego wpadłby tylko ktoś sprytny i dobrze zorientowany w sytuacji. Jaki zatem był naprawdę?

Mnie trudniej było to pojąć niż Billowi. Częściej się złościłem i to Bill musiał zawsze mnie uspokajać, zapewniał wciąż: To nie wina pana Jacksona. Kłóciłem się z nim wtedy, bo w końcu w którymś momencie to musiała być jego wina. Bo przecież ci wszyscy ludzie, którzy go wykorzystywali, nie wzięli się znikąd, sam ich zatrudnił. A nawet jeśli zrobili to za niego inni, niezależnie od życiowych problemów, w końcu – jeżeli nie robisz nic, by je naprawić, z czasem sam stajesz się za nie odpowiedzialnym. To dlatego nieraz miałem ochotę potrząsnąć nim i nawrzeszczeć: „Niech się pan ocknie! Czas zająć się tym, co pan zbudował. Wystarczy tylko że wkroczy pan do akcji!” Ale nie mogłem tego zrobić. On nie potrafił wydawać rozkazów. Chodził na palcach wokół swoich pracowników. Nie potrafiłem tego pojąć.



Bill: Zawsze, kiedy słyszałem tę historię o tym, jak to Michael Jackson nie miał dzieciństwa albo że nigdy nie mógł być dzieckiem, interpretowałem ją zupełnie inaczej niż inni ludzie. Chciał się bawić zabawkami, jeździć na karuzelach, nocować u znajomych i tym podobne – w porządku, tego nie zaznał jako dziecko. To część dzieciństwa, ale nie jedyna. „Posprzątaj swój pokój”, „Wynieś śmieci”, „Przeproś siostrę” – to też dzieciństwo. W końcu to nie tylko zabawa i radość. Dzieciństwo nie polega tylko na tym, że jest się dzieckiem, ale to stawanie się dorosłym. Bo w końcu kiedyś każdy wydorośleje, czy tego chce czy nie.

Uwielbiał historię o Piotrusiu Panie i inne podobne. Ale czasem zastanawiałem się, czy naprawdę je rozumiał. Sądzę, że interpretował je, jak było mu wygodnie. Ponieważ w książce, dzieci ostatecznie opuszczają Nibylandię, wracają do rodziców i dorastają. I to jest morał, to rzeczywistość – w końcu trzeba dorosnąć. Ale co, jeśli ludzie którymi się otaczasz, nigdy cię do tego nie namawiają? Co, jeśli nikt nie nauczył cię tego, co powinieneś wiedzieć? Wtedy brakuje ci umiejętności i cech potrzebnych do funkcjonowania w prawdziwym świecie. Czy Michael Jackson przegapił swoje dzieciństwo? Owszem i nie tylko je.

Zbliżał się Sylwester, a my wciąż tkwiliśmy w Palms, nadal czekaliśmy, aż coś się wydarzy. Ostatniego dnia roku Javon wziął wolne, chciał witać Nowy Rok z rodziną. Sam pojechałem do hotelu. Drzwi do pokoju pana Jacksona pilnowali ochroniarze, ale chciałem być w pobliżu, na wypadek gdyby czegoś potrzebował. Domyślałem się, że coś może się wydarzyć. Sylwester w Palms to istne szaleństwo. W budynku jest kilka klubów i mnóstwo ludzi.

Zaszyłem się w jednej restauracji na dole i zjadłem kolację. Spędziłem tam większość wieczoru, zastanawiając się, czy los jeszcze się odwróci. Myślałem: jeżeli sytuacja się nie poprawi, muszę zrobić co należy – zająć się rodziną. Pogrążyłem się w rozmyślaniach. Nadeszła północ, a ja przechadzałem się po lobby; wokół kłębił się tłum ludzi odliczających sekundy do Nowego Roku. Stałem otoczony radosnymi ludźmi z drinkami w rękach, którzy wyraźnie dobrze się bawili – w przeciwieństwie do mnie. Nie potrafiłem się cieszyć, ponieważ nie widziałem żadnego światełka na końcu tego tunelu.



Autor tłumaczenia: anialim


Masz uwagi do tekstu? Podoba Ci się tłumaczenie? A może zauważyłeś błąd? Napisz!


Please leave following field blank:

Komentarze

14/07/19 14:55 gość
mam wrażenie że Michael zatrzymał się u szczytu swojej sławy i nie zdawał sobie sprawy z faktu że lata mijają i nie da się stale wydawać miliony dolarów nie robiąc nic, z wielu kontraktów wycofywał się. tam brakło kogoś też moim zdaniem kto umiał by zarządzać jego kasą aby zarobić ze wszystkiego z czego sie tylko da i lojalnie nimi zarządzać (aby wszystko uczciwie wracało do Michaela bez utrzymywania innych ludzi po drodze) i ogólnie kogoś kto przede wszystkim by go uświadomił z tym wydawaniem pieniędzy - on nie miał poczucia wartości pieniędzy. on w tym wszystkim był SAM

14/07/19 14:23 gość
Przeczytałam ten rozdział i powiem szczerze że jestem trochę zdołowana. Tam chyba zabrakło kogoś kto by mu przedstawił czarno na białym jak wyglądaja jego finanse. Bo wydaje mi się że on po prostu o wielu rzeczach nie wiedział. Niby wszystko kręciło się w okół Michaela ale tak naprawdę nie było nikogo kto rzetelnie zajmował by się jego sprawami i rozmawiał z nim o tym. Jego myślenie opierało sie na wydawaniu pieniędzy a jak ich nie było to na jednym telefonie do kogoś żeby to załatwić. On był bardzo nieświadomy chyba swojego bankructwa i mam takie wrażenie że wiele jego pieniędzy szło gdzieś na lewo... Nie wiem czemu tak mi się wydaje. Tam za dużo ludzi było.

30/06/15 00:48 joannav
Kurczę długo rozmyślałam po przeczytaniu tego rozdziału... nie do końca pogodziłam się z tym, że ktoś (ochroniarze) sprzedają ostatnie chwile mojego, naszego idola...Ale patrząc z drugiej strony...fani domyślali się i chyba tak jak ja chcieli poznać prawdę...dzisiaj wiem że chciałam to wiedzieć... Jeszcze raz dziękuję AniaLim

23/06/15 17:45 gość
witam. czy będzie dalsza część tłumaczenia książki?pozdrawiam

01/06/15 16:44 Justynaglinka
Czyli nie ma odzewu:( mam nadzieję że wszystko z Tobą ok Anialim , mam nadzieję że to tylko brak czasu.

20/05/15 21:07 ewa
Aniulim bardzo proszę o odpowiedz.Czy będzie jeszcze cdn tłumaczenia?

12/05/15 18:07 Justynaglinka
Witam wszytskich i anialim Ciebie przede wszytskim:) Chciałam jeszcze raz zapytać czy będzie dalsze tłumaczenie, może tylko mnie to interesuję , albo jestem z tego wykluczona z jakiś powodów:)Mimo wszytkim życzę wszytskim miłego wieczoru i spokojnej nocy:)

11/05/15 05:02 Justynaglinka
Będzie dalsza czesc tłumazona?:)

07/05/15 00:58 Porcelanka
Dziękuję Anialim! Cóż za straszne paradoksy: zarabiający miliony i bezdomny, geniusz w showbiznesie i bezradny w codzienności, magnetyzująca osobowosc i samotny jak palec, kochany przez miliony i - jeśli wierzyć ocenie ochroniarzy - wyobcowany w relacjach osobistych... Bardzo szkoda, że nie znalazła się taka osoba zdolna potrząsnąć nim i wywołać właściwą reakcję...przebudzenie. Może za mocno tkwił w swoim letargu, po tylu ciężkich doświadczeniach nie miał już ochoty się przebudzić i działać...

30/04/15 08:56 Justynaglinka
Mhhh z nieśmiałością , chcialam zapytać kiedy można się spodziewć dzieła tłumaczenia dalszej części:)

15/04/15 14:20 gość
dzisiaj 00:44 Katarzyna http://www.amazon.com/Remember-Time-Protecting-Michael-Jackson/dp/1602862508

15/04/15 00:44 Katarzyna
Witam. Czy ktoś mógłby mi tutaj udzielić informacji gdzie można kupić oryginał książki w języku angielskim "Remember the Time: Protecting Michael Jackson in His Final Days"? Z góry dziękuję.

13/04/15 21:54 gość
Justynaglinka ,masz niestety wielkie luki w wiedzy. Masz tylko rację ,że do 18 roku zycia musiał poddadać sie woli ojca. Pożniej był już sobie tylko panem i robił co chciał.To Sony robiło to co chciał Michael Jackson .. to prawda dzieciństwo ukształtowało Michaela.

13/04/15 18:13 Justynaglinka
Mhhh ojciec manager , kierował nim, później SONY a na końcu robił wszytsko żeby zadowolic innyh to jest czysta psyhologia. Mam też pytanie do " gościa" z mojej wypowiedzi tylko zostało wyłapane , że nim "kierowali" a nie to jak cierpiał prze chore relacje z ojcem...

13/04/15 17:34 gość
Michael nigdy nie pozwalał kierować sobą!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

13/04/15 17:00 Justynaglinka
Smutne , ale prawdziwe Michael był człowiekem z wielkim talentem i wielkimi problemami , ale powiedzmy sobie szcerze przez Josepha , studiuje NOR i mam przedmiot psychologia osobowości i ta jest wyraźnie napisane i udowodnione , JAKI OBRAZ RODZICE WPAJAJĄ DZIECIOM TAK BĘDĄ SIĘ WIDZIEĆ W DOROSŁYM ŻYCIU . Wszytskie problemy były z dzieciństwa , to działało jak kula śnieżna...brak miłości(szukał później wszędzie tej miłości, brak akceptacji (operację w późniejszym życiu ) , brak dojrzałości(pozwalał kierowac inny za siebie ) i na końcu syndrom piotrusia pana...ja i tak bardzo go kocham i szanuję i rozumiem. Michael powienien długie lata spędzić na terapii akceptacji samego siebie , bo ja się sa nie akceptujesz to nikt nie będzie Cię akceptował w 100%

05/04/15 20:35 joannav
Smutne... Michael przez lata w których zarabiał grubą kasiorę był przyzwyczajany do tego, że otaczający go ludzie są gotowi spełnić każda zachciankę na skinienie palca, kiedy z pieniędzmi zaczęło być krucho on zwyczajnie nie przyjmował tego do wiadomości. Ponieważ wcześniej jego pracownicy zarabiali (oprócz tego co ukradli) kolosalne pieniądze, nie mieściło mu się w głowie, że jego ochroniarzy nie stać na zakup głupiej choinki, że nie maja za co żyć... Wcześniej inni za grube pieniądze wyręczali go we wszystkim i ponosili odpowiedzialność za niedociągnięcia. Dlatego on zwyczajnie nie czuł się odpowiedzialny za to, że jego pracownicy nie otrzymują wynagrodzenia... AniaLim dziękuję za tłumaczenie i jak zwykle czekam na ciąg dalszy.

26/03/15 19:42 gość
Niestety Michael w chwili swojej śmierci był bankrutem to jasno wynika z dokumentów ,które Estate przedstawiło w toczącym się procesie przeciwko T,TohmeWeitzman (Estate lawyer): Estate was bankrupt when Michael died. Our first meeting involved “What assets shall we sell? How are we going to do this?” Hayvenhurst was being foreclosed on. And the only money available was in Mr. Tohme’s possession. He had it. I can tell you the conversations I had with Mr. Tohme. And I remember him putting off meetings and putting off meetings. I remember the letter from John Branca. I remember saying to him in the letter, “Hey, If you don’t give us the money, we are going to have to go to court”. Pierwszymi pieniędzmi ,które pojawiły się na koncie Estate ,były odebrane od T,Tohme 5,5 miliona dolarów . That was the first moneys that the Estate had Całośc do przeczytania na blogu Ivy http://dailymichael.com/lawsuits/estate-v-tohme/295-claws-are-out-in-mj-estate-vs-tohme-lawsuits Michael zaczął zarabiać dopiero po śmierci: filmem TII ,kontraktem płytowym z Sony i wielką pośmiertną sprzedażą swoich płyt. Pieniądze,które miał Michael w swoich walizkach pochodziła od Sony ,to były pieniądze za prawa Michaela do swojego muzycznego katalogu i katalogu Sony /ATV.Większość pieniędzy od Sony szla jednak na spłatę kredytu zaciągniętego pod ten katalog. Michael wiedział o swojej tragicznej sytuacji finansowej .Uświadamiał mu to to juz dawno Branca i Siegel ,Michaela głowny księgowy.Nawet Rabin twierdził ,że sprowadzeni przez niego doradcy finansowi, nie raz , nie dwa , uświadamiali Michaelowi jego mizerię finansową,ale Michael dalej bujał w obłokach Doprowadził prawie do licytacji Neverlandu jak i domu w Encino .Posiadłości stały przed licytacją ,a Michael kupował w tym czasie ,księgarnie ,drogie obrazy ...,kupił matce luksusowy autobus o wartości 600 tysięcy zamiast ratować chociaż dom w Encino.Tak jak pieniędzmi z walizek nie chciał finansować swoich pracowników ,adwokatów ,prawników Zresztą znany byl z tego że nie placił swoich zobowiązań już dużo wcześniej.Nie mogł , nie chciał płacić ze swojego konta firmowego ,bo świeciło pustkami . Jego wszyscy pracownicy ,w tym jego wielcy prawnicy zapewne pracowali w nadziei ,ze Michael zacznie wreszcie zarabiać pieniądze i dostana swoje wypłaty ,jak i ochroniarze zresztą. Michael dziwił się ,gdzie podziały się jego pieniądze? Pieniądze ,ktore wydawał tonami.Miał ponad setkę procesów na karku za niewywiązanie się z umów ,kontraktów ,za niezapłacone pensje, straszne sumy pochłaniały spłaty zaciągniętych przez niego kredytów. To wszystko kosztowało miliony ,ktorych Michael już nie miał od dawna. Od dawna nie generował dochodów ,tylko same koszty. Jedynymi przychodami Michaela były po 200O roku ,tantiemy z jego praw do obydwu jego katalogów .Były to milionowe sumy ,jednak przy kosztach Michaela ,były jak kropla w morzu. Nie wiem jak Michael nie mógł nie zdawać sobie sprawy ze swojej finansowej sytuacji ,ale chyba jednak nie zdawał sobie sprawy,bo nadal wydawał pieniądze i nie robił nic aby ratować swoje finanse Na koncerty TII zgodził się jak sam twierdził tylko po to ,aby kupić nowy dom w L.Vegas ,a nie ,aby spłacić dłużników. Bezpośrednim pracodawcą swoich pracowników był sam Michael i jego firma. Jego pracownicy zobowiązani byli płacić pensje jego wszystkim pracownikom ,w tym ochroniarzom .Ale jak nie było pieniędzy na koncie firmowym ,to jak mieli płacić? To co się pojawiło jego managerowie ,wypłacali w pierwszym rzędzie sobie , swoje zaległe pensje ,czy swoje przekręty.. Ochroniarze byli na samym końcu w szeregu .. i dlatego nikt im nie płacił regularnie. Uważam ,że mieli prawo rozliczać Michaela z tego co robił z pieniędzmi .Wyłączano im prąd w domach ,a Michael kupował bzdety . Chyba każdego by szlag trafił ... Mógł zadysponować natychmiastową wypłatę ich pieniedzy przez swojego managera ,albo wyciągnąć swoją kasę z walizki .Wszytko inne jest niedopuszczalne ,niemoralne.Usprawiedliwieniem ,jest chyba tylko totalne odrealnienie ,albo naiwność ,albo zakorzenione przyzwyczajenie do wykorzystywania ludzi .. Michael kazał każdą dostępną gotówkę ,dostarczać sobie do ręki ,a nie na konto firmowe czy osobiste ,którego nie miał ze względu na długi.Katastrofa finansowa to nie tylko zakupoholizm Michaela i jego beztroska finansowa ,lecz błędne również decyzje personalne i brak osobistego dozoru ,kiedy kota nie ma to myszy harcują..

26/03/15 11:15 Michaelina
....w 2002 roku przyznaje Bashirowi...przepraszam za datę ponizej

26/03/15 11:11 Michaelina
wczoraj 12:27 gość ------------- jestem podobnego zdania, ponadto nie zapominajmy, że Michael to firma, to przedsiębiorstwo o określonych strukturach prawno-finansowych. Przecież Ci wszyscy managerowie, księgowi, prawnicy (Raymone B, Londel, Lopez etc) zarządzali jego finansami, bynajmniej nie za darmo. Cokolwiek robili leżało w ich obowiązkach za określone wysokie honoraria. Właśnie oni i im podobni mieli obowiązek dbać o pozostały personel, jak również o środki na kartach kredytowych Michaela, oraz ich aktywację. Jeśli był bankrutem należało mu to uświadomić, ale aż tak źle nie było, co okazało się po śmierci, kiedy cały ten bałagan przejął Branca. Chodziło tylko o to, że w tamtym trudnym i jałowym artystycznie czasie trzeba było ruszyć tyłki i wziąć się do roboty. Tymczasem całe to szemrane towarzystwo zainteresowane wyłącznie własną kasą czekało kiedy Michael weźmie się w garść, lub da namówić się na projekt typu TII - ciągle był wart miliony. Ochroniarze we wcześniejszych rozdziałach wspominają, że Michael interweniował w ich sprawach. Nie wierzę, że pracowali cały czas za darmo. Kiedy dochodziło do incydentów, winę ponosili ich bezpośredni pracodawcy, co zresztą nawet wynika z ich relacji. To nie Michael miał wypłacać im pensję. Nie wierze, że pracowali bezinteresownie i za darmo. Prawdopodobne jest to, że były opóźnienia, ale za swoją pracę otrzymywali wysokie wynagrodzenie, dlatego ciągle tam trwali i nie mieli żadnego prawa rozliczać go z tego na co wydawał swoje pieniądze. Zawsze mogli zrezygnować z tej pracy i tak powinni zrobić, jeśli prawdą jest to o czym piszą. Swoje prywatne zobowiązania Michael realizował i jakoś o nich pamiętał (prezent dla córki ochroniarza) Uważam, że Michael nawet w tamtym czasie ciągle miał pieniądze tylko były źle zarządzane. W 2009 roku przyznaje się Bashirowi, że zarobił ok miliarda dolarów! Za 5 lat brakuje pensji dla ochroniarzy, a jego karty kredytowe są nieaktywne??