En Pl
Strona główna | Tablica | Hyde Park | O stronie

Część trzecia: This is it. XVIII
5 marca 2009 roku Michael Jackson pojawił się w Arenie 02 w Londynie. Ubrany na czarno, stanął na podium za czerwoną kurtyną i machał do czterystu dziennikarzy i siedmiu tysięcy fanów, którzy zebrali się, by usłyszeć jego zapowiedź spektakularnego show, This is it.

- This is it. I naprawdę mam na myśli, że to już koniec. To będą moje ostatnie występy – powiedział Jackson. I dodał: - Kocham was. Kocham was wszystkich.

Dla zwykłego obserwatora Jackson sprawiał wrażenie, jakby organizował największy powrót w historii. Trzy miesiące wcześniej, na początku grudnia, AEG zgodzili się na jego wyprowadzkę z Hotelu Bel Air. Artysta zamieszkał w nowym domu przy 100 North Carolwood Drive, w ekskluzywnej dzielnicy Holmby Hills. AEG płacili 100,000 dolarów miesięcznie za wynajem – była to zaliczka na poczet przyszłych zarobków Jacksona. Niedługo po Nowym Roku, Tom Barrack oraz Colony Capital zatrudnili małą armię osób, które miały odnowić Neverland – na rewitalizację krajobrazu oraz naprawy wydano kolejne miliony dolarów. Wszystko to z myślą o przywróceniu temu miejscu jego dawnego blasku.

Pod koniec stycznia Jackson i AEG porozumieli się na co do warunków trasy This Is It. Wokalista otrzymał 6,2 mln dolarów zaliczki za dziesięć występów, jakie latem miały odbyć się w Londynie. Jackson nie wiedział jednak, że AEG już wtedy przeczuwali, że zainteresowanie biletami będzie zdecydowanie większe i zapowiedziane dziesięć występów to zdecydowanie za mało. A Tohme Tohme, który miał wgląd w finanse Jacksona, wiedział, że tylko dziesięć koncertów nie pozwoli na spłacenie długów piosenkarza. Tohme i AEG mieli rozmawiać o zwiększeniu liczby występów.

Zaraz po konferencji Jacksona poinformowano fanów, że po rejestracji na stronie internetowej będą mogli rezerwować bilety. W ciągu zaledwie jednej doby zarejestrowało się ponad milion osób. Tohme i AEG natychmiast rozpoczęli rozmowy na temat kolejnych występów – najpierw ich liczbę zwiększono do dwudziestu, później do trzydziestu jeden aż w końcu do pięćdziesięciu. Jackson przystał na to niechętnie i pod pewnymi warunkami. W zamian AEG mieli wynająć dla niego rezydencję, w której mieszkałby podczas pobytu w Londynie. W trosce o utrzymanie artysty w należytym zdrowiu, AEG zobowiązali się zatrudnić dla niego osobistego trenera, kucharza oraz lekarza. Jackson od razu nalegał, by ostatnią tę posadę zaproponować Conradowi Murrayowi, lekarzowi z Las Vegas. Kiedy w kolejnym tygodniu bilety na This Is It trafiły do sprzedaży, wszystkie pięćdziesiąt koncertów wyprzedano w kilka godzin – później wejściówki można było kupić na Ebayu za kwoty rzędu piętnastu tysięcy dolarów.

Tymczasem w Los Angeles ruszyły przygotowania do koncertów. Pierwszy z nich zaplanowano na 8 lipca. Do pracy przy tej ogromnej produkcji zatrudniono Kenny’ego Ortegę, który był choreografem Jacksona podczas tras Dangerous oraz HIStory. Do Los Angeles z całego świata na przesłuchania przybyły setki tancerzy. Ostatecznie na koncert miało składać się 20 utworów, każdy okraszony osobą scenografią. Całość miała kosztować około 30 milionów.

Równolegle z przygotowaniami do występów, ruszyła zakulisowa machina, która przybrała nowe rozmiary absurdu. Kiedy Frankowi DiLeo nie udało się doprowadzić do zawarcia umowy z AllGood Entertainment na koncerty rodziny Jacksonów, Joe Jackson wszedł w spółkę z dawnym znajomym, Leonardem Rowe. Rowe był organizatorem imprez, który w latach 90. Został skazany za oszustwo i siedział w więzieniu.

Na prośbę Joe, Rowe zwrócił się do Patricka Allocco z AllGood Entertainment, twierdząc, że to on – a nie Frank DiLeo czy Tohme Tohme – jest menedżerem Michaela Jacksona. Allocco zapłacił Rowe 15 tysięcy zaliczki za obietnicę zorganizowania spotkania z Katherine Jackson – jedyną osobą z całej rodziny, z którą Michael utrzymywał kontakt – w nadziei, że ta przekona syna do wspólnych występów z braćmi. Leonard Rowe namawiał Katherin do interwencji. W obawie, że pięćdziesiąt występów negatywnie odbije się na zdrowiu syna, Katherine zgodziła się, że występy z braćmi są lepszym rozwiązaniem i zaczęła nagabywać syna. W międzyczasie Frank DiLeo zajęty był budowaniem paktu z osobistym asystentem Jacksona, Michaelem Amirem Williamsem, który w tamtym czasie kontrolował dostęp do artysty. Williams nigdy nie darzył Tohme ani szacunkiem ani sympatią, dlatego DiLeo wydawał mu się lepszym sojusznikiem. I tak, asystent otworzył drzwi dawnemu menedżerowi, który powrócił do łask Michaela Jacksona.

Pod koniec marca, Tohme Tohme, Frank DiLeo i Leonard Rowe krążyli niezależnie od siebie po Los Angeles i każdy z nich utrzymywał, że jest menedżerem Michaela Jacksona. Podgrzewając zamieszanie, 2 kwietnia na stronie branżowej opublikowano artykuł zatytułowany: „Czy prawdziwy menedżer Michaela Jacksona zechce podnieść rękę?” W tamtym czasie wiele osób z obozu Jacksona aktywnie pracowało nad tym, by zdeprecjonować wpływy Tohme Tohme, przekonywali oni Jacksona, że Tohme nie spisał się, wrabiając go w pięćdziesiąt występów Londynie.

14 kwietnia Jackson zgodził się na spotkanie z ojcem i Leonardem Rowe. Wysłuchał ich propozycji występu z braćmi. Pod koniec rozmowy Jackson podpisał dwa dokumenty: w jednym ustanawiał Rowe swoim menedżerem, w drugim pozbawiał Tohme Tohme wszelkich pełnomocnictw do reprezentowania swoich interesów. Mniej więcej w tym samym czasie Frank DiLeo odbywał kolejne spotkania, wymachując na nich pismem – rzekomo autorstwa i z podpisem Michaela Jacksona – w którym DiLeo był nazywany menedżerem i przedstawicielem artysty. Bez Tohme Tohme i przy całkowitym bałaganie w interesach Jacksona, DiLeo przekonał AEG, że jest w stanie kontrolować rodzinę i ich dostęp do Michaela, a także zadba o to, by przygotowania do wyjazdu do Londynu przebiegały bez problemów. W połowie maja DiLeo wynegocjował dla siebie pensję od AEG. Firma utrzymywała również dobry kontakt z Tohme Tohme, który i tak był zaangażowany w koncerty w Londynie, niezależnie od tego, czy podobało się to Jacksonowi czy nie. AEG zabezpieczali się na wszystkich możliwych frontach.

25 maja Jackson wysłał pismo do Leonarda Rowe, w którym zrywał wszelkie relacje biznesowe, jakie w przeszłości łączyło tych dwoje. Ostatecznie przecięło to wszelkie spekulacje na temat możliwych wspólnych koncertów braci Jacksonów – umowy, która tak naprawdę nigdy nie istniała, ale jej zerwanie pochłonęło sporo uwagi i zajęło niemal sześć miesięcy. Dwa tygodnie później, jak na złość, AllGood Entertainemt pozwali Jacksona żądając 40 milionów dolarów. Promotor utrzymywał, że wokalista i jego menedżer Frank DiLeo – który po tym, jak został zatrudniony przez AEG sprawiał wrażenie jakoby faktycznie był jego menedżerem – zgodzili się na występ z braćmi. W związku z tym umowa na występy w O2 miała być złamaniem „kontraktu” z AllGood. W ramach kompromisu AllGood zgodzili się na ugodę w zamian za procent zysków z koncertów w Londynie.

„Sępy”, które przysparzały zmartwień Michaelowi Jacksonowi pojawiały się jak na zawołanie; ich obecność kosztowała wokalistę coraz więcej stresu. Jackson wciąż opuszczał próby, spóźniał się, zachowywał się dziwnie. Schudł do niebezpiecznych już 58 kilogramów; cierpiał na bezsenność. 19 czerwca, jak wspominał później Kenny Ortega, Jackson pojawił się na próbie w przerażającym stanie – nie miał sił na czynny udział. Reżyser odesłał Jacksona do domu, później, jeszcze tego samemu wieczora napisał do Randy’ego Phillipsa z AEG wiadomość, w której wyraził swoje obawy. Pisał: „(Jackson) Sprawiał dziś wrażenie słabego i wykończonego. Miał dreszcze, trząsł się, był niespokojny, chodził z kąta w kąt. Według mnie powinien zbadać go psycholog. Jeżeli mamy jakiekolwiek szanse, żeby wrócił do siebie, to potrzebny będzie dobry terapeuta, jak również dietetyk.” Ortega zakończył: „Myślę, że on bardzo tego (koncertów – przyp. anialim) chce. Gdybyśmy teraz się wycofali, to by go złamało. Jest przerażony, że to wszystko się skończy. Dziś wieczorem kilka razy mnie pytał, czy go zostawię. Niemal błagał o moją wiarę w ten projekt. To złamało mi serce. Są jeszcze szanse na to, by podołał temu wszystkiemu, jeżeli tylko zapewnimy mu pomoc, której potrzebuje.”

Bill: W telewizji oglądałem konferencję z Londynu. Kiedy zobaczyłem go, jak ze sceny zapowiadał koncerty, wtedy po raz pierwszy pomyślałem: wow, to naprawdę się dzieje. Do tamtej chwili tak nie przywiązywałem wagi do tych koncertów.

Podczas konferencji uderzyło mnie, kiedy powiedział „To jest to. Ostatni występ.” Nie sądzę, by ktoś tak naprawdę zdawał sobie sprawę, czym było owo „to”. Koniec. Po wszystkim. Kończę z tym. Nie jak w przypadku The Eagles czy Franka Sinatry, którzy mimo zawodowej emerytury wciąż pojawiali się na kolejnych koncertach. Nie – Michael Jackson miał zniknąć.

Mimo, iż wcale nie miał ochoty na występy, sądzę, że tak bardzo zaangażował się w przygotowania, że szczerze cieszył się na te pierwsze zapowiadane dziesięć koncertów. Znowu do głosu doszedł Król Popu. Był podekscytowany, ponieważ przed nim było wyzwanie, któremu mógł podołać. Kiedy dobili do pięćdziesięciu koncertów, był wściekły. Pamiętam rozmowy o pięćdziesięciu występach jeszcze w Palms – najpierw, jeszcze przed dziesięcioma, pierwotny pomysł zakładał właśnie tyle występów. Początkowo zakładano pięćdziesiąt występów, bo właśnie tyle było koniecznych, by mógł zarobić te wielkie pieniądze, jakie mu obiecywano.

Kiedy rozmowy o koncertach były jeszcze w bardzo wczesnej fazie, rozmawiał o tym z nami podczas jednej z podróży samochodem. Zapewniał, że nie da rady dać pięćdziesięciu występów. Nie na zasadzie, że odmawiał, ale uważał to za niedorzeczność, że nawet go o to proszą – porównywał to do propozycji skoku z piętnastego piętra. Jak mogli w ogóle tego oczekiwać – w jego wieku, po tylu trasach, po kontuzjach pleców i kolana? Dokładnie tak samo odmówił wcześniej pięciu występów tygodniowo w Vegas. – Nie mogę dać tylu występów. Po prostu nie dam rady.

Można było odnieść wrażenie, że zastosowano fortel. Od początku mowa była o pięćdziesięciu koncertach, później – by go zachęcić – liczbę obniżono do dziesięciu, a następnie znowu powrócono do wyjściowej propozycji. Słyszałem, że przekonali pana Jacksona zapewnieniami, że pobije rekord wyprzedanych występów, jaki ustanowił Prince. A pan Jackson zawsze rywalizował z Princem. To jedna z krążących plotek. Ale tak naprawdę pan Jackson w tamtej chwili już był w kieszeni AEG. Pobrał wielomilionową zaliczkę na poczet koncertów, poza tym AEG płacili za wynajem posiadłości w Los Angeles. Kiedy więc zażądano pięćdziesięciu koncertów, nie miał już nic do powiedzenia, bo nie był w stanie oddać tego, co już dostał. Był w potrzasku i niewiele mógł już zrobić.

Javon: Nigdy nie wierzyłem w to, że da te pięćdziesiąt koncertów. Za dużo czasu z nim spędziłem, by tak sądzić. Nie było takiej opcji. Zawsze był taki szczupły i słaby. Nawet jeżeli przytyłby z pięć kilo, wciąż byłby za chudy.

Zresztą, nie chodziło tylko o aspekt jego siły, ale też o zachowanie. Bywały dni, że był ożywiony, a nazajutrz zupełnie zdołowany. Jak w urodziny Elizabeth Taylor – najpierw pełen energii, w doskonałym nastroju, ale wystarczyła jedna drobna rzecz, by zrujnować cały dzień. Zamykał się wtedy w sobie. Nie było szans, by w ciągu kolejnych miesięcy mógł występować bez jakichś dramatów, które wytrącałyby go z równowagi.

Chciałem wierzyć, że mogło być inaczej. Chciałem kibicować jego wielkiemu powrotowi. Ale był zbyt nieprzewidywalny. Mimo konferencji prasowej, wciąż nie wierzyłem, że te koncerty naprawdę dojdą do skutku. Nie uwierzyłbym w nie do czasu, kiedy zobaczyłbym go na scenie z mikrofonem w ręku.

Bill: Niedługo po konferencji prasowej i dla nas zaczął się gorący okres. Kontaktował się ze mną Peter Lopez. Według niego, pan Jackson zamierzał wynająć posiadłość pod Londynem i to my mielibyśmy być odpowiedzialni za ochronę. Razem z Javonem kontaktowaliśmy się z jego ludźmi i informowaliśmy, jaki sprzęt będzie nam potrzebny na miejscu. Dostaliśmy zdjęcia domu, plany poszczególnych pięter i inne dane. Po rozpoczęciu serii koncertów mieliśmy odpowiadać za bezpieczeństwo pana Jacksona na terenie posiadłości oraz eskortować go do i z areny O2. Tam, to ludzie AEG mieli za wszystko odpowiadać. Odniosłem wrażenie, że pan Jackson stara się oddzielać życie osobiste od zawodowego. Zatem mieliśmy jechać do Londynu – to było postanowione.

Prawie wszystkie sprawy związane z wynajęciem i utrzymaniem domu załatwialiśmy za pośrednictwem Petera Lopeza. Próbowałem odbudować osobisty kontakt z panem Jacksonem, sądziłem, że Lopez mi w tym pomoże. Sprawiał, że wciąż czuliśmy się częścią zespołu. Zapewniał, że pan Jackson nam ufa: – Dużo się teraz dziej, ale nie martwcie się. Rozmawiałem z Michaelem, chce, żebyście byli z nim w Londynie.

Dobrze było usłyszeć takie zapewnienia. Kilka razy rozmawiałem także z Bradem Buxerem, muzykiem i przyjacielem pana Jacksona, z którym spędzali całe noce w studiu w domu przy Monte Cristo. – Bill, musisz z nim jechać. Musisz wziąć w tym udział. Spokojnie, zobaczysz, jak będzie super, kiedy już będziemy w Londynie – cieszył się.

Widząc entuzjazm Petera i Brada, czułem się lepiej. Byli przyjaciółmi pana Jacksona, nawet wtedy, kiedy w grę nie wchodziły wielkie pieniądze, więc wiedziałem, że są godni zaufania. Kiedy już było pewne, że jedziemy do Londynu, napisałem projekt umowy z propozycją wynagrodzenia za naszą pracę w Europie i przesłałem ją Peterlowi Lopezowi. Miała ona zostać przekazana nowemu menedżmentowi, ale nigdy nie odezwali się do mnie.

Wśród jego menedżerów panowało niezłe zamieszanie. Po konferencji prasowej w Londynie i kiedy już wyprzedano pięćdziesiąt koncertów, szeregi zwarły kolejne hieny. Już wcześniej sytuacja była zła, teraz każdy próbował uszczknąć coś dla siebie. Od dawna we wszystko zaangażowany był Tohme Tohme. Później, od kwietnia, w samym środku przygotowań do wyjazdu do Londynu, Tohme nagle zniknął. Pan Jackson go zwolnił. Temu, kto chciał pozbyć się Tohme, udało się przekonać pana Jacksona, że nie można mu ufać.

Joe Jackson starał się zorganizować koncert swoich synów w Superdome. Nie ustawał w swoich wysiłkach, by dopiąć swego. Wiedzieliśmy, że pan Jackson tego nie chciał. Kiedy tylko pojawiał się ten temat, szef wzdrygał się, przewracał oczami i podsumowywał: To cały Joseph. Pan Jackson raz stwierdził, że chciał, by dzieci mogły zobaczyć go na scenie z braćmi. Jednak nie chciał mieć nic wspólnego z biznesowymi planami ojca i w żadne interesy z braćmi z udziałem seniora rodu nie zamierzał się mieszać. Jednak Joe przeciągnął Katherine na swoją stronę – miała ona przekonać syna do planów ojca. Rodzina nie ufała Tohme Tohme, zatem była po stronie każdego, kto próbował go wyeliminować.

Nawet po zwolnieniu Tohme, wciąż kręcił się on w otoczeniu pana Jacksona i twierdził, że jest jego menedżerem. Jakimś cudem, ta przypominająca Franka DiLeo postać, znalazła jakiś sposób i wkrótce została zatrudniona przez AEG, dla których nagle Tohme był reprezentantem pana Jacksona. Jeden wielki chaos i totalne zamieszanie. Ci wszyscy ludzie podpisywali umowy twierdząc, że robią to w imieniu pana Jacksona. A ponieważ on sam podpisywał wszystko, co mu podtykano pod nos, jedne umowy przeczyły drugim, „zawierano” wykluczające się porozumienia, ludzie wzajemnie grozili sobie pozwami za naruszenie tej czy innej umowy.

Trzymałem się od tego wszystkiego nieco na uboczu, ale dokładnie orientowałem się w sytuacji. Niewiele osób miało bezpośredni numer do Michaela Amira i nie wszyscy wiedzieli, że to on ma bezpośredni dostęp do pana Jacksona. Dla wielu ludzi w branży mój numer był tym, pod który dzwonili, by skontaktować się z panem Jacksonem. Istne szaleństwo. Dzwonili do mnie producenci i inni, z którymi pan Jackson współpracował przy okazji poprzednich płyt i uprzedzali, że jeżeli podczas koncertów będą grane konkretne piosenki, to pan Jackson będzie musiał zapłacić tantiemy, że ma skontaktować się z ich prawnikami. Codziennie odbierałem takie telefony. Czy ktokolwiek zadzwonił, żeby zwyczajnie życzyć mu powodzenia? Nic z tych rzeczy. Szaleństwo. Ludzie dzwonili, by uprzedzić, dlaczego powinni zostać zaangażowani i co powinni za to dostać. Ja po prostu przekazywałem te wiadomości dalej do Michaela Amira.

Javon: Do gry wróciła nawet Raymone i też próbowała uszczknąć coś dla siebie. Kiedy mieszkaliśmy przy Monte Cristo zorganizowała spotkanie pana Jacksona z kimś z AEG. Wtedy bez rezultatu. Nie zdołała doprowadzić do podpisania porozumienia, bo teraz to AEG zwrócili się do pana Jacksona – i tak stwierdziła, że za same próby coś jej się należy. Mimo, że pan Jackson zapłacił już setki tysięcy dolarów, by się od niej odciąć, po konferencji w Londynie pojawiła się znowu i pozwała go żądając 44 milionów. Kiedy pierwszy raz o tym usłyszeliśmy, nie mogliśmy uwierzyć. Po tym wszystkim, co już od niego dostała? Co za tupet! Od zawsze na nim żerowała i nagle zażądała jeszcze 44 milionów za umowę, do podpisania której nie udało jej się doprowadzić. To absurd!

Widzieliśmy wyraźnie, że panem Jacksonem nie opiekowano się należycie, ponieważ nagle wszędzie o nim pisano. TMZ publikowali jego zdjęcia niemal codziennie. Kiedy widziałem różne fotografie, jakie robiono mu w LA, nie mogłem tego pojąć. Paparazzi uwzięli się na niego, a ochroniarze prowadzili go w samo południe głównym wejściem. Jeżeli tylko mieliśmy taką możliwość, pracując dla niego, nigdy nie korzystaliśmy z drzwi frontowych. Teraz bez przerwy paradował przed obiektywami aparatów.

Częściowo zapewne było to spowodowane budowaniem napięcia wokół koncertów, ale nawet w tak specyficznym miejscu jakim jest Los Angeles, jeżeli tylko chcesz, możesz uniknąć dziennikarzy. Jasne, że jest to trudne, wymaga planowania i większego wysiłku, ale gwiazdy cały czas tak robią. Znani ludzie, którzy nie chcą być zauważeni, przemykają po cichu. Ale ówcześni ochroniarze pana Jacksona jakby przestali dbać o jego prywatność. Bardziej zależało im na budowaniu emocji wokół zbliżającej się trasy. Wstydziliby się wszyscy oni, którzy na to pozwalali.

Bill: W międzyczasie ruszyła cała ta machina produkcyjna, niczym wielki silnik samolotu, który gotów jest do startu. Ale opowieści o panu Jacksonie, jakie do mnie docierały, nie były dla mnie niespodzianką. Znałem kilka osób z branży, które pracowały przy tworzeniu show i kilku ochroniarzy. Skarżyli się nie raz, że tego czy innego dnia pan Jackson nie był sobą. Nie zaskakiwało mnie to. Słyszałem, że nie pojawił się na kilku próbach, bo był zmęczony. Czasem dzwoniła do mnie Grace i mówiła, że praca nad koncertami jest dla szefa bardzo męcząca.

Te próby to siedem – osiem godzin ciężkiej pracy fizycznej. I tak tygodniami, każdego dnia. Każdy potrzebowałby odpoczynku. A on przecież nie sypiał wiele. Ale kiedy był pod naszą opieką, jeżeli danej nocy nie spał, to kolejnego dnia mógł odpocząć. Bawiliśmy się z dziećmi na placu zabaw, a on mógł złapać oddech. Ale skoro oczekiwano od niego, że będzie w najlepszej formie podczas codziennych prób, ostatecznie musiał sypiać.

Nigdy nie widziałem tego filmu, który później nakręcili, „This is it". Nie jestem w stanie go obejrzeć, ponieważ mam świadomość tego, co działo się poza kamerą. Dokładnie wiem o wszystkim. To jakby oglądać show magika, kiedy już poznałeś wszystkie triki i doskonale zdajesz sobie sprawę, że to wszystko to farsa. Ci ludzie, którzy opowiadają, jak wspaniałe miało to być widowisko, jak pan Jackson na nie się cieszył. Dla mnie to bzdury.

Michael Jackson był perfekcjonistą, więc jeżeli zagrałby te koncerty, to dla swoich fanów dałby z siebie wszystko. Pod tym względem był bardzo obowiązkowy. Ale czy naprawdę tego chciał? Nie sądzę. Moim zdaniem wolałby być w Virginii, odpalać z dziećmi fajerwerki. Według mnie wolałby być w barze w w Georgetown i w końcu przekonać się, jak to jest, napić się piwa z przyjaciółmi. Sądzę, że po prostu chciałby być wolny.

Pod koniec maja, po tych wszystkich zapowiedziach i budowaniu nastroju wyczekiwania, poinformowano, że pierwszy koncert zostaje przełożony o tydzień. Mniej więcej w tym samym czasie, Peter Lopez zaczął wypytywać, czy z Javonem przyjedziemy do LA, czy będziemy tu z nim przed wyjazdem do Europy. Rozmawiałem z Peterem przez telefon o domu Londynie, wtedy zapytał, kiedy przylatujemy do Los Angeles.

Wszystko to działo się gdzieś obok. Nie chcę powiedzieć, że nie byłem podekscytowany, ale wciąż nie dopełniono wszystkich formalności. Przesłałem menedżerom wzór umowy i przez trzy kolejne dni nikt w tej sprawie się do mnie nie odezwał. Ufałem Peterowi i wierzyłem w to, co mówił, ale to nie on podejmował tutaj decyzje. Michael Amir nigdy do mnie nie oddzwaniał, a ponieważ w otoczeniu pana Jacksona pojawiały się coraz to nowe osoby, nie wiedziałem już, kto tam rządzi. Bałagan był teraz większy niż w czasach Raymone. Wtedy przynajmniej wiedziałem, kto odpowiada za codzienne decyzje. Teraz AEG zarządzali koncertami, ale po stronie pana Jacksona, w jego firmie, panował totalny bałagan. Wciąż nie rozwiązałem sprawy niezapłaconego rachunku telefonicznego za rozmowy pana Jacksona i jego mamy. Operator komórkowy żądał ode mnie dwóch tysięcy dolarów, a mi wciąż nie udało się skontaktować z kimkolwiek z obozu pana Jacksona, z kim mógłbym o tym porozmawiać.

Nie czułbym się dobrze, gdybym miał współpracować z tymi ludźmi. Byłem bardzo ostrożny. Nie mógłbym znowu zostawić mojej córki, wiedziałem też, że bez dodatkowych zabezpieczeń Javon nie opuści swojej rodziny. Chodziło o plan podróży, o wypłaty, lokalizacje. O niczym takim nie było mowy. Zatem ilekroć Peter Lopez podnosił temat wyjazdu do Los Angeles, studziłem swój zapał, czekając na te konkretne informacje.

W końcu, w połowie czerwca Peter znowu zadzwonił. Tym razem nie pytał, czy przyjechalibyśmy, powiedział za to: „Michael potrzebuje was w Los Angeles”. Polecił mi skontaktować się z Michaelem Amirem, który miał zorganizować nasz przylot. Wiedziałem doskonale, że dzwonienie do niego nie miało sensu, ale mimo wszystko próbowałem. Bez rezultatu. Zresztą, na telefony Petera Amira w tej sprawie też nie odpowiadał. Nie naciskałem za bardzo. Wydawało się, że z jakiegokolwiek powodu pan Jackson nas potrzebował, nie było to nic pilnego. W tamtym czasie do wyjazdu do Londynu zostało kilka tygodni, więc po co mielibyśmy lecieć jeszcze do Los Angeles? W pewnym sensie założyłem, że do czasu wyjazdu do Europy, nic się nie wydarzy.

Jakiś tydzień później odebrałem kolejny telefon. Było gdzieś w pół do dziewiątej wieczorem, pamiętam dokładnie. Po drugiej stronie był pan Jackson. Długo się nie słyszeliśmy. Zadawał kolejne pytania: Co się z wami dzieje? Gdzie jesteście? Dlaczego nie ma was w Los Angeles? Wyjaśniłem, że próbowałem zorganizować nasz przyjazd, ale bezskutecznie. Polecił kolejny raz skontaktować się z Michaelem Amirem. Obiecałem, że spróbuję i tyle. Nie wyjaśnił, dlaczego mieliśmy przyjechać, nie powiedział nic więcej.

Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Przecież byli wokół niego inni ludzie, więc do czego my byliśmy mu potrzebni? Może po prostu miał taki kaprys? Przychodziło mi do głowy kilka powodów. Wiedziałem, że nie lubił, kiedy dziećmi zajmowali się obcy, a przecież Grace była już w Londynie. Może po prostu chciał, by w domu był ktoś zaufany. Poza tym często przydawałem się mu, kiedy chciał wywinąć się z jakichś spotkań, kogoś, kto przerywałby je oznajmiając: Pan Jackson musi już wyjść. Być może miał po prostu dość tych ludzi wokół niego i potrzebował buforu. Nie mam pojęcia. Ostatnim razem, kiedy kazał mi zjawić się w LA, jechałem całą drogę tylko po to, by w hotelowym lobby oddać te Oscary i wrócić do domu. Czy tym razem też miało być podobnie?

Powtarzała się dokładnie taka sama sytuacja, jak dwa lata temu. Ja byłem w Vegas, a on w Virginii. Dzwonił, pytając, gdzie jesteśmy i kiedy przyjedziemy. Wtedy nie mogłem doprosić się Raymone, by zorganizowała naszą podróż, ale to nie miało znaczenia. Potrzebował nas, więc pojechaliśmy. Tym razem zawahaliśmy się. To było coś nowego. Dla pana Jacksona przejechałbym przez całą Amerykę i to bez mrugnięcia okiem. I jeżeli tylko on zadzwoniłby i powiedział, że razem z dziećmi nas potrzebują, bez żadnych pytań, wsiedlibyśmy w samochód i ruszylibyśmy. Ale czy zrobilibyśmy to samo, zostawili nasze dzieci, żeby dołączyć do biznesowej machiny Króla Popu? To było już co innego. Zbyt wiele się zmieniło.

Postąpiłem tak samo, jak nieraz, kiedy pan Jackson wydawał nietypowe prośby – na przykład o symulator śmigłowca czy diabelski młyn. Postanowiłem odczekać kilka dni przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji, żeby mieć pewność, że naprawdę tego chce. Dzięki temu miałbym pewność, czy mówi na serio, czy to tylko zachcianka. Dokładnie tak samo podszedłem do jego telefonu. Jego prośba nie wydawała się pilną. Tak to sobie tłumaczyłem: jeżeli jest to sprawa ważna, zadzwoni znowu. Nigdy tego nie zrobił.





Autor tłumaczenia: anialim


Masz uwagi do tekstu? Podoba Ci się tłumaczenie? A może zauważyłeś błąd? Napisz!


Please leave following field blank:

Komentarze

28/01/17 23:14 Marta3
Stokrotne dzięki Anialim, doceniamy twoją pracę.

27/01/17 14:27 teri
Dziękuję Anialim.

25/01/17 12:01 MJJ
Dziękuję Anialim 💖

25/01/17 10:16 ania345
Dziękuję za tłumaczenie :)

25/01/17 01:27 gość
Na szczęście przeczytałam książkę . BG juz dawno temu i mam do niej odpowiedni dystans .

25/01/17 01:08 gość
mICHAEL PODPISYWAŁ wszystko co mu podetknięto bo nie lubił otwartych konfliktów .Podpisał ,a za chwilę się wycowyfał .Nie mówił nikomu ,co tak naprawdę zamierza zrobić prosto w twarz .Robił wszystko w białych rękawiczkach .Czy wszystko co piszą ochroniarze jest przyjętę za najprawdziwszą prawdę. A to co kiedyś ,gdzieś indziej przeczytane zostało juz wyparte i zapomniane ? Brak analitycznego myslenia ...

25/01/17 00:59 gość
AEG , nie zmęczyło Michaela ani nie pozbawiło go kontroli nad własnym życiem ,to niezbicie wykazał proces przeciwko nim. Michael cierpiał po prostu na swoją;; koncertową chorobę '' ,tak jak to bywało już wieki wcześniej.Dla lepszego zrozumienia bardzo polecam do przeczytania ten rozdział z książki Vogla Ostatnie lata .. http://www.mjtranslate.com/pl/chapters/1758 Ochroniarze widzieli to co widzieli ,tylko jedną z odsłon z zachowania i osobowości Michaela i to z daleka szczególnie to co działo się faktycznie w jego ostatnich dniach ,kiedy ich przy nim nie było ... i tak ją sobie ,a nie inaczej ze słyszenia z mediów ,ze sprzecznych opowieści rodziny ,która dopasowywała swoje relacje ..do swoich wlasnych interesów[finansowych ] zinterpretowali ... mieli do tego prawo ,co nie oznacza ,że nie byli w błędzie. . Trzeci ochroniarz i Karen Moriaty wycofali się ze wspólnej pracy nad książką .Musieli się jak widać różnić w wielu sprawach ...

25/01/17 00:57 gość
Jacy wy jesteście zapominalscy .Wstawię po prostu moje komentarze z poprzednich rozdziałow .Ochroniarze widzieli wszystko z perspektywy swojego baraku ,a z Michaelem nie byli w kontakcie od paru miesięcy przed jego śmiercią Oni nie znali MiCHAELA ...PISALI CHOĆBY TAKIE STWIERDZENIA Z POPRRZENICH ROZDZIAŁOW 'Miał 50 lat, ale przez całe jego życie, Joe Jackson, Berry Gordy, Quincy Jones – nieważne – ktoś silny zawsze był w pobliżu, nadawał mu odpowiedni kierunek. Do tego był przyzwyczajony;;. ..ale bzdury ... Przecież Michael nie słuchal nigdy niczyich rad ! Smiech. Z tego widać ,że BG nie mieli pojęcia o sposobie myślenia Michaela i nic nie wiedzieli o jego wcześniejszym życiu Błędnie zinterpretowali też jego zachowanie w tamtym czasie ... Michael nie potrzebował nikogo do kierowania swoim życiem ,dokładnie wiedział czego chce . Najpierw uwolnił się od ojca , pożniej dzięki niemu [Michaelowi ] Jacksonowie uwolnili się od B.Gordego i wytworni Motown . A Q.Jones ? Michael dokładnie wiedział do kiedy należy z nim współpracować ,a kiedy minął już jego czas . Michael wycisnął go jak cytrynę i zostawił ,tak jak wielu innych swoich współpracowników ,choćby Dileo . Błędne decyzje Michaela ,to następstwa narastającej w nim paranoi o własne życie o własny majątek ,nienawiść do Sony ,otaczające go hieny i zgubne przekonanie ,że to on Michael Jackson ,najlepiej wie co należy robić ,był ,jest i będzie niepokonany na przekór wszystkim, oddalanie od siebie nieprzytakiwaczy .Nie zapominajmy o jednej rzeczy ,Michael lubił robić z siebie ofiarę [ to też słowa Karen i tak go w tym czasie odebrali ochroniarze. Przy Michaelu w ostatnich latach jego życia zabrakło choćby jednej zaufanej osoby , przyjaciela ,którego rady umiałby przyjąć ,a nie oddalić ,a tak pod koniec życia na własne życie został sam . Nie było już Lisy z silną osobowością ,która chciałaby go chronić przed wszystkimi i Liz zajętej już bardziej swoim zdrowiem czy choćby też Franka ,którego też usunął ze swojej rzeczywistości .

25/01/17 00:12 Michaelina
Michael nie kontrolował całej tej sytuacji :( Tragedia! Z drugiej strony utrzymywał za ciężkie miliony bandę pasożytów i wykorzystywaczy sądząc, że sprawy formalno finansowe ma z głowy. Miał prawo tak myśleć i tego wymagać, ale to był poważny błąd.

25/01/17 00:11 gośćFan J
Dziekuje Anialim.)

24/01/17 23:46 ♥ Jolanta ♥
Sępy, pijawki,szakale , już nie wiem jak nazwać tych wszystkich ludzi,którzy krążyli wokół Michaela... jak mozna w takiej atmosferze totalnego galimatiasu, pracować nad przygotowaniem koncertu.... niestety, bliscy też nie ułatwiali mu życia, plącząc w niepotrzebne umowy. Michaelowi brakowało jednego, stanowczego menadżera, bo sam nie był w stanie zapanować nad wszystkim i niepotrzebnie podpisywał wszystko, co podsunieto mu przed oczy. Smutne to wszystko,że każdemu zależało tylko,by zarobić na Michaelu..................... Anialim dziekuję Ci serdecznie :)

24/01/17 23:20 Michaelina
Dziękuję Anialim, nie zapomniałaś o nas <3

24/01/17 22:46 gośćH
Dziękuję Anialim